LIPIEC
Rok A
Zawczoraj w mazurze […] zagaiłem rozmowę bardzo zwykłym pytaniem: „Comment passez Vous, Mademoiselle, Votre saison d'hiver? […] Zarys rozmowy może być teraz bardzo obszerny, kiedy z panną w tańcu można mówić o doświadczeniach fizycznych i chemicznych. Rozmowa o fizyce zaprowadza nas daleko, bo do elektryczności i magnetyzmu, a stamtąd miałem otwartą drogę do przymiotów więcej uczuciowych i może bym Bóg wie jak daleko po tej drodze zaszedł, jeżeliby nie koniec mazurka; skończyło się tylko na trochę mocniejszym uściśnięciu ręki, może nawet bez wiedzy panny, a tylko za wpływem elektryczności. Nie na próżno popi chcą zabronić wykładu tych lekcji, jako bardzo szkodliwych. [L 7 – do Wiktora Kalinowskiego; Petersburg, 12.1858]
Mówią o drodze żelaznej przez Syberię do Chin; teraz każdy przedmiot opracowuje się nie w ciasnym kole narodowości, ale sięga się widoków całej ludzkości i olbrzymim krokiem dąży ku postępowi; wkrótce całe Chiny, Indie będziemy widzieć chrześcijańskimi i któż teraz podejmie głos na pseudotyranię Anglików w Indiach i niesprawiedliwe zabory w Chinach. Turcja musi ustąpić placu i na jej miejsce utworzy się państwo chrześcijańskie, tj. z cywilizacją i ideami europejskimi; nastąpi czas kiedy Francuz, Anglik, Turek, Chińczyk, Rusin i Polak zapomną dawnych uraz i podadzą sobie bratnią dłoń. [L 7 – do Wiktora Kalinowskiego; Petersburg, 12.1858]
Wiadomości, jakie mi przekazałaś o stanie Twojego zdrowia i o swoich zajęciach sprawiły mi wielką radość. Napisałaś mi, że lubisz samotność. To jest przyjemność mądrych. [L 8 (tłumaczenie z francuskiego) – do Masi Kalinowskiej; Petersburg, 01.1859]
Ostatnio zraniła mię angielska strzała; zakochałem się bez nadziei wzajemności! Masz rację w przypuszczeniu, że mam do czynienia z wizjami: jednak różnica na tym polega, że to nie one mię ścigają, ale ja za nimi gonię. Obiektem moich zapałów jest „Niema z Portici”, piękna Frenella, której rolę odtwarza prawdziwa piękność angielska. Jej imię – Lydia. [L 8 (tłumaczenie z francuskiego) – do Masi Kalinowskiej; Petersburg, 01.1859]
Od miesiąca zmieniłem mieszkanie; mieszkam teraz jeden et je m'en ronge les poings [i gryzę palce z bólu], tak mi nudno; lenistwo, którym się zaszczycam, nie pozwala mi często z domu się ruszyć; do towarzystwa zaś ciągłego przywykłem; potrzebę więc gawędy wyrażam długimi monologami, które w podziwienie wprawiają moich sąsiadów przez ścianę, albo też rozlewem atramentu i poziewaniem moich korespondentów, czego zapewne i Ty teraz doświadczasz. [L 9 – do Wiktora Kalinowskiego; Petersburg, 02.1859]
Kto mi w głowę włożył myśl porzucenia Horek i dobrowolnej, może wiecznej emigracji z Kraju? Bo czyż wiem, kiedy do niego wrócę? Czyż mogę nazywać pełnym życiem, to odosobnienie się od rodziny i pytanie dla jakich widoków? Kość jednak rzucona i niech się stanie wola losu, a mgłę petersburską do dna wychylę. [L 9 – do Wiktora Kalinowskiego; Petersburg, 02.1859]
Jutro rozpocznie się Post, a z nim nadciągnie cała falanga kazań, które należy wysłuchać i innych aktów skruchy i pokuty chrześcijańskiej, które odbiorą mi na czterdzieści dni swobodę myśli. [L 10 (tłumaczenie z francuskiego) – do Masi Kalinowskiej; Petersburg, 02.1859]
Jeśli chodzi o ambicję – to mam jej niewiele: jeśli nie pozwalam sobie wspinać się na pochyłość, na którą mię popychasz, to dlatego, że lękam się pomieszania ambicji z miłością własną, która żywiona sukcesem, a przytłoczona niepowodzeniem poddałaby mię namiętnościom, które mogłyby zrobić ze mnie najnieszczęśliwszego z ludzi. [L 10 (tłumaczenie z francuskiego) – do Masi Kalinowskiej; Petersburg, 02.1859]
Każdy człowiek powinien być ambitny, ale ambicja jest tylko wtedy dobrym przymiotem, kiedy nosi w sobie zarodek ofiary z całej swojej osobowości: jest szlachetna i wspaniałomyślna, kiedy dąży do celów szlachetnych i wspaniałomyślnych; jest zbrodnią, kiedy dąży wyłącznie do celu osobistego. […] Nie chciałbym zmienić swojego losu, jakikolwiek by był, po to, by być ambitnym na sposób dzisiejszych herosów: finansistów i generałów. Jestem daleki od tego, by nie uznawać dobrodziejstw materialnej niezależności, ale dla nie nie poświęciłbym nigdy niezależności moralnej. [L 10 (tłumaczenie z francuskiego) – do Masi Kalinowskiej; Petersburg, 02.1859]
Miesiąc później, 24 marca. Porządkując swoje papiery przed podróżą do Kurska, znalazłem początek listu dla Ciebie przeznaczonego, droga Kuzynko. Zapomniałem go dokończyć zajęty poszukiwaniem sposobu opuszczenia Petersburga. Jakkolwiek ton tego listu odpowiedni jest raczej do rozważań wielkiego świętego czy męczennika, mimo to nie chcę pozbawić Cię przyjemności pośmiania się moim kosztem i pisze dalszy ciąg tego listu, by Ci powiedzieć o moich sprawach i pożegnać przed podróżą, […] Zaoferowano mi posadę przy kolei Odessa – Kursk i przyjąłem ją na warunkach, które nie przynoszą zaszczytu miłości chrześcijańskiej generałowi Kierbedziowi, naszemu rodakowi równie chciwemu jak sławnemu: to prawdziwy Harpagon z epoletami generała. [L 10 (tłumaczenie z francuskiego) – do Masi Kalinowskiej; Petersburg, 02.1859]
Najmilszym dla mnie przystankiem stał się dom Baltazara Kalinowskiego, […] W dzień wilii Bożego Narodzenia, w święta wielkanocne dawne zwyczaje ojczyste chowane były z całą serdecznością i prostotą, bez przymusu lub zbytku. < Zebrania towarzyskie nie miały cechy wprawdzie wydatnej, której nadają nazwę patriotyzmu, lecz > sama treść rozmów, obejścia się, zwyczaje domowe tchnęły powietrzem rodzinnym i uprzyjemniały pobyt między nimi. < Przyznać się muszę, iżem wyglądał tam jakby niedowarzonym. Wprawdzie jeszcze w Instytucie w Wilnie i później zatapiałem się w czytaniu historii i literatury ojczystej … nie traciłem przywiązania do kraju, było to jednak całkiem … nie wypracowane >. Byłem przeto bardziej słuchaczem aniżeli czynnym uczestnikiem w tej gromadzie koleżeńskiej i przyjacielskiej. [W 77-78]
Później kilkakrotnie odwiedzałem rodzinne strony […] Mogłem wtedy wejść w stosunki z rodzinami obywateli tamecznych i poznać stosunek dworów do ludu wiejskiego. Zniesienie Unii postawiło te dwa czynniki społeczne w dali jedno od drugiego. Przeważnie w tych dobrach lud był szczepu ruskiego, mowę tę chował. Zostawał w zależności od dworów do czasu zniesienia poddaństwa. Przez sposób bytu swego, przez swą narodowość stanowisko społeczne nie jednoczyło się z osadą dworską. Wspólna tylko wiara, póki trwała Unia, więzy tworzyć mogła. Następnie – nic. Chyba tylko gdzie było więcej serca, starano się okazywać miłość bliźniego niesieniem osobistej pomocy, doglądaniem chorych, uczeniem dziatek. [W 79]
Włościanie w tych okolicach byli łagodni, cnotę chowali. Niemało jednak cierpienia musieli ponosić, szczególniej z powodu służby wojskowej, która wówczas trwała przez lat 25. Dzisiaj, kiedy to kreślę, dreszcze mnie przejmują na wspomnienie widoku tych ofiar, przemocą chwytanych, w dybach trzymanych i skazanych na dożywotnią nieraz niewolę w szeregach żołnierskich, tych prawdziwych męczenników despotyzmu i barbarzyństwa. A jeżeli który z nich po 25 letniej wojskowej tułaczce do wioski swej powrócił, zostawał jak obcy nawet dla swoich. [W 80]
Zawitał razu jednego i kwestarz, nikogo nie omijał, widząc mnie młodego oficera, przystąpił śmiało z wesołą postawą. Na nieszczęście nie bardzom co miał przy sobie, czym był mógł się podzielić, wyprosiłem się grzecznie od kwesty i dodałem, nie bardzo myśląc, co mówię, iż w miejsce ofiary pieniężnej osobą własną Kościołowi służyć będę. „Chwytam cię za słowo” - odrzekł poczciwy braciszek - „pamiętaj wykonać, co przyrzekasz”. Rzecz się sprawdziła w lat z górą dwadzieścia. Bóg mnie powołał do służby w Kościele świętym – tylko, czy istotnie w duchu prawdy służę? [W 80-81]
Został mi w pamięci ustęp o uczynkach miłości bliźniego, które się wykonuje w Kościele przez ofiarę osobistą, czynem i poświęceniem się samych osób, jak to się widzi w tak licznych zgromadzeniach zakonnych, w których z dobrej woli, nie dla zysku lub zapłaty, do nich powołani wierni poświęcają się dla niesienia pomocy bliźniemu. Nie tak jak w innych wyznaniach, gdzie zakładają się tylko pieniądze, nie zaś ofiara własnej osoby. Tak żywotność – dodał – nie dozwala szerzyć się u nas chorobie „spleen”, do której tak skłonni są sąsiedzi nasi. Stosował to do Anglików. Te dowody, z tym przekonywującym dodatkiem, obudzały oznaki wesela w słuchaczach. [W 82-83; z nauk o. Souaillarda, dominikanina]
Szczególnym trafem wypadło mi przebywać dwa lub trzy miesiące w czasie wakacji letnich na wsi u generała Zurowa, bliskiego krewnego książąt Imieretyńskich: Aleksandra i Dymitra, uczniów Korpusu Paziów. Profesor jeden z gimnazjum, który pomagał im obu w naukach, […] spotkał się ze mną całkiem mu nie znanym, i pytał, czy nie mógłby który z nas podjąć się tego przewodnictwa itd. Do głowy przyszło zgodzić się na to, bez walki. […] Znalazłem się u Zurowych we wcale szczególnym otoczeniu: oni sami prawosławni, generał książę Bagration – muzułmanin, miss Elizabeth – anglikanka. Ta różnica wyznań nic się uwydatniała na zewnątrz. [W 84-85]
Generał-adiutant książę Bagration grywać lubiał w szachy, o mało nie co dzień po godzin kilka ciągnęła się nieraz jedna partia. Bardzo dobre serce zachowywał on i nadal zapraszał, abym go odwiedzał w Petersburgu. Chętniem to czynił. Był to człowiek bardzo prawego charakteru. […] Żył bardzo skromnie, jednego miał tylko służącego, prawie nikogo nie przyjmował. Raz zaprosił na obiad, na którym była i carówna gruzińska. Za Gruzję zapłacono jej miliony rubli. Miała w Petersburgu swój pałac z meczetem muzułmańskim. Na carównę niezbyt wyglądała. Po wyjeździe z Petersburga jużem więcej się nie widział z Bagrationem. Nie mogę dokładnie sobie przypomnieć, zdaje mi się jednak, że wspominałem niekiedy księciu o przyjęciu wiary chrześcijańskiej. [W 85-86]
Trudno było myśleć o nawracaniu, kiedy u mnie samego były pustki w głowie. Dlatego więc, gdy wglądam się, pisząc bieg życia mego, w tak liczne zetknięcia się z osobami innych wyznań, sumienie mi wyrzuca na dobre i serce smutkiem się zapełnia, że tyle zręczności wykonać coś dla Boga minęły jak mgła, nie zostawiając w duszy bliźniego żadnej duchowej korzyści. [W 86]
Dwór wiejski Zurowych niczym się nie różnił od dworów naszych zamożnych obywateli. Dostatek był wprawdzie wielki, lecz wszystko w miarę, nigdy zbytku lub rozrzutności. W niczym mniejszej cechy zgorszenia. Spoglądając dzisiaj na całe to otoczenie i mój w nim pobyt, obejmując oraz warunki życia towarzyskiego w duchu wiary, spostrzec zaraz się daje ta ciemna strona życia światowego, która pozbawia łączności dusz, zwanej obcowaniem świętych. [W 87]
To się daje rozciągnąć na cały szereg stosunków z osobami na świecie, kiedy tego związku wewnętrznego dusz brakowało, już w kole osób Kościoła św. katolickiego, gdzie przygasła wiara żywa, już w pożyciu z osobami, z którymi nie wiązała jedyna prawdziwa wiara. Bieg życia jak z jednymi, tak z drugimi przemijał, nie zostawiając nic stałego w doczesności, nic jednoczącego poza grobem. [W 87]
[Zygmunt Sierakowski] W powodzenie powstania – wątpię, aby mógł wierzyć. Wszystko zależało od wdania się mocarstw zagranicznych, […] Przelanie zaś krwi w potyczkach miało raczej wołać o opiekę nad nieszczęsnym krajem niżeli rokować zwycięstwo. Na zimno czyniona rozwaga usunąć powinna była nadzieję podobnej rękojmi współczucia. Lecz w gorączce ówczesnej głos z Zachodu „Persévérez” (Trwajcie!) omamiał wybujałe wyobrażenie miłośników swobody ojczyzny, a ostatecznie o mało co nie wszystkie siły Litwy wyczerpał. [W 92]
Nie mogę dokładnie oznaczyć, czy w końcu miesiąca maja, czy też na początku czerwca w 1863 roku po otrzymaniu dymisji przyjechałem z Brześcia Litewskiego do Wilna. Tu się dowiedziałem o pojmaniu Zygmunta [Sierakowskiego]; na drugi albo trzeci dzień miał być wykonany wyrok śmierci. Postanowiłem pójść na Łukiszki […] Dla rany pod Birżami otrzymanej przewieźli Zygmunta powozem, a przy nim i zwyczajnego spowiednika skazanych na śmierć, czcigodnego ks. Jurkiewicza. Uczyniłem wówczas akt, iż jestem przy konającym: ukląkłem i modlić się zacząłem, towarzysząc duszy Zygmunta wyjściu jej z ciała, nie podnosząc całkiem oczu. [W 92]
Przedstawiciele towianizmu na zewnątrz twierdzą, że są łączni z Kościołem, a w swoim kole, przeciwnie (na co miałem wyraźne dowody w ręku), ciskają nań kamieniami. Dla przekonania się o tej prawdzie wystarczy zajrzeć do pism, które oni tajemnie przechowują dla swoich i niekiedy rozsyłają do tych, których by chcieli pochwycić na wędkę. [W 94]
Dziwne są jednak wyroki Opatrzności Boskiej: śp. o. Wacław Nowakowski, zakonu oo. kapucynów był spowiednikiem wnuczki Towiańskiego; chcąc wpisać ją do Bractwa Szkaplerza Św., prosił mnie, abym poszedł z nim do domu jej rodziców, gdyż wnuczka, licząca może lat 15 lub 16 wieku, od roku mniej więcej obłożnie na cierpienie płuc słabowała. Uczyniłem zadość żądaniu. W pierwszym pokoju wisiała olbrzymia fotografia Towiańskiego, ojca. Syn jego, gospodarz domu, nie bawił wówczas w Krakowie. Dzieweczka wyglądała jak aniołek, tak jasny wyraz był twarzy. Wyspowiadała się, a gdy miała przyjmować szkaplerz, zaraz się dołączyła i matka, i siostry, i służąca także przybiegła. Trudno mi było przyjść do siebie, widząc tego ducha w domu syna, założyciela sekty. [W 94]
Po tym zboczeniu z biegu życia wracam do chwili, kiedym opuścił Petersburg i wyruszył do gubernialnego miasta Kurska, od którego miała być prowadzona linia kolei żelaznej do Kijowa. Na chwilę zatrzymałem się w Moskwie, gdzie miałem brata i bliskiego krewnego na studiach w uniwersytecie. […] Nie powiem jednak, by widok tylu młodzieży na obczyźnie mógł miło na duszę oddziaływać. Smutne raczej wrażenie pociągnął, tchnął pewnym wykolejeniem życia w samym początku rozwoju onego. Opuściłem Moskwę z uczuciem rodzaju smutku, a w Kursku wypadło spędzać pierwsze dni świąt wielkanocnych i wprost do prowadzenia robót odjechać. [W 95]
Wszyscy jednak oni jak na pustyni, bez żadnej pomocy towarzyskiej, ojczystej, bez pomocy kościelnej, w otoczeniu acz przyjaznym i uczciwym, bynajmniej jednak dla duszy niewystarczającym. […] dla nas przechodniów, ta dodatnia strona pobytu łatwo przychylić się może na stronę ujemną przez pochłanianie jednostek i zatrzymywanie ich już na stałe w ogniskach, w których nasamprzód jako obcy przybylcy przyjmowane były. […] szczególniej gdzie większy porządek i przyzwoitość się spostrzega lub kiedy ze samych stosunków towarzyskich nadarzy się trudność odmówienia towarzyszyć na nabożeństwo cerkiewne – prędko obudzić się może w duszy pragnienie zadość temu uczynić. Powoli z jednego do drugiego ustępstwa się przychodzi i ostatecznie przekraczają się granice dozwolone. [W 96]
Któż obliczy ilość straty lat zmarnowanych. [W 97]
Dozorcą cerkiewnym był poczciwy, rześki staruszek. Kiedy po jakiej krótkiej nieobecności witałem go, pytając o zdrowie, zwykł był odpowiadać: […] („żyjemy, dzięki waszym modlitwom, lecz i własnych trochę dodajemy”). [W 97]
Kolegów w mojej nowej służbie znalazłem niezbyt pociągających ku sobie, szczęśliwie, żem dostał pomocnika Polaka z Wilna, który jest dla mnie wielką moralną podporą. Zapuściłem brodę, wyglądam jak zbójca, wychudłem jeszcze więcej, aniżeliście mnie widzieli, jak chart wybiegałem się po polu, czuję się jednak dostatecznie zdrowym. […] Prowadzę więc życie gorzej aniżeli cygan jaki, bo i ten ma swój tabor. Ile razy łzy mi stawały w oczach, kiedym bywał wieczorami niewidzialnym świadkiem wieczerzy chłopów w familijnej gromadzie po trudnej pańszczyźnie zebranych, a jednak wesołych i prawie szczęśliwych, bo między swoimi. [L 11 – do Masi i Wiktora Kalinowskich; Chutor Aniutin, 09.1859]
Przy ciągłej samotności wyrobić w sobie umiałem życie wewnętrzne i powiem Wam szczerze, że ta ciągła praca ze sobą i nad sobą daleko od ludzi, wielką zmianę ku dobremu we mnie zrobiła. Poznałem cały ogrom potrzeby utrwalonych pojęć religijnych i ostatecznie ku nim się zwróciłem. Wielem obowiązany jednej nieocenionej książce: Spowiedziom św. Augustyna, z niej czerpałem obficie ten zdrój nowego dla mnie życia. Spokojniej teraz spoglądam na życie i znaczniem zobojętniał ku jego rozkoszom. Zostaje mi jeszcze wiele do pracy nad sobą i drżę trochę za siebie, kiedy przypomnę wir stołecznego życia, zbyt dobrze znam jego pokusy. [L 11 – do Masi i Wiktora Kalinowskich; Chutor Aniutin, 09.1859]
Z całej tej wyprawy prawdziwą korzyść odniosłem nie ze samego zajęcia, do którego nie bardzom się zdał, lecz z książki do nabożeństwa, która do rąk moich tu się dostała. Miał tę książkę przy sobie dany mi do pomocy rysownik Polak. Otrzymał ją był od matki swej przed odjazdem z domu. Czytanie tej książki niezmiernie na duszę oddziaływało, szczególniej budziło się uczucie ufności w pośrednictwo Matki Najświętszej. Uwaga o doniosłości odmawiania w razie potrzeby „Pozdrowienia Anielskiego” utkwiła mi w pamięci i razu pewnego, gdym się znalazł w największym niebezpieczeństwie utraty życia, odmówienie z gorącością ducha „Zdrowaś Mario” od zguby mię wybawiło. [W 100]