LISTOPAD
Rok A
Nigdym powstaniu w duszy nie sprzyjał, moc rzeczy, już po wzięciu udziału, mnie doń zrażało. Ostatecznie zaś oburzenie wywołała obłuda, na którą sobie pozwalano. […] Tego więc rodzaju podniecenie ludu do powstania było wyraźnym narażeniem go tylko na zgubne zewnętrzne manifestacje. […] Bynajmniej nie chcę ciskać potępienia na tych, którzy w najlepszej zapewne myśli urojeniem się rządzili, wyglądając pożytków z tej taktyki politycznej czy wojennej, lecz jakiemu wrażeniu musieli ulegać ci, co rzeczywistość mieli przed oczami i przyglądali się ofiarom takowych zachęcań i podniecań, które ofiary się składały nie ze samych li-tylko pojedynczych jednostek, lecz z rodzin, a nawet z całych gmin, z posad swych ojczystych wyrzucanych i przesiedlanych bezpowrotnie w sybirskie wertepy. [W 137-138]
Garnął się człowiek do ogniska narodowego popędem niedającym się oznaczyć inaczej, jak wrodzonym, zniechęcał się znów dostrzegając sprężyny do czynu prowadzące; drażniło także przekonywanie się, jak różne ujemne objawy słabości woli lub błędne zasady, stając się widome samym nieprzyjaciołom, odzierały tak olbrzymią w rozległości swej ofiarność z pewnej szaty uroku, budziły w tych ostatnich poczucie już czysto ludzkiej wzgardy w stosunku do większości uwięzionych osób. [W 138-139]
Spędziliśmy dobrą godzinę wszyscy trzej [Promczenkow, towarzysz z akademii i Gogol, członek Komisji Śledczej] na pogadance szczerej i otwartej, nie ruszając bynajmniej sprawy, w którą byłem zamieszany. Zaczepiona została kwestia religijna; o potrzebie wiary i praktyk z niej płynących. W czasie polemiki w tym kółku tak się okazali oba oni krańcowi i w wierze zachwiani, iż nie mogąc doprowadzić ich do lepszego rozumienia rzeczy, z głębokim uczuciem przejęcia się prawdą wręcz tymi słowy do nich się odezwałem: „Jakkolwiek na pewno czeka mnie wyrok śmierci albo skazanie do ciężkich robót, nie zamieniłbym ich nigdy na to, aby ocucić się na swobodzie i zostać na waszym miejscu z takimi zasadami, jakich wy się trzymacie”. [W 139]
Kochany i Drogi Ojcze, Korzystam z pozwolenia napisania do Ciebie listu, dla ucałowania rąk Twoich. Całe życie dobrowolny tułacz, kiedy Bóg mię prawie gwałtem przygarnął do ogniska Waszego, mój Ojcze drogi – zamiast korzystania z łaski Jego – pracowałem nad tym, żeby się z Wami znowu rozłączyć. Zgrzeszyłem przed Tobą, Ojcze drogi, skrytością – i pogardziłem radami mądrzejszych ode mnie, Bóg też mię sprawiedliwie ukarał. Zeznając wszystkie winy moje, dziękuję Mu za ten cios i proszę Go tylko o pociechę dla Was – i wytrwałość dla siebie. […] W sędziach moich znalazłem ludzi z sercem; doprawdy tu mi się wydaje i Bóg jeszcze łaskawszym, a świat lepszym niźli mi się wydawał na swobodzie. [L 41 – do ojca; Wilno, 05.1864]
Zmartwienia i smutku niemałego byłem dla Was przyczyną, oby też Bóg pozwolił mi wypłacić się przed Wami z zaciągniętego długu. Po ostatecznym rozstrzygnięciu się losu mego, będę prosił o powtórne napisanie do Ciebie, mój Drogi, Najdroższy Ojcze; po tysiąc razy całuję ręce Twoje, o błogosławieństwo proszę. Józef. [L 41 – do ojca; Wilno, 05.1864]
Wypadło też stanąć i przed sądem wojennym po skończonym śledztwie. […] Podano mi duży zeszyt, pytając, czy nie mam co do dodania i napisania. Nakreśliłem w krótkości, że po ustaniu wszelkiego ruchu i jakiejkolwiek bądź czynności trudno mi było oddawać się samemu w ręce rządowe, jak to by mogło się odbyć przy kapitulacji lub po złożeniu broni. Zapewne nakreślenie tych wyrazów miało cechę zachowawczą, lecz pewien bodziec sumienia ku temu mnie pobudzał. [W 140]
Spytał wtedy prezes sądu, czy nie mam jeszcze co do dodania, odpowiedziałem: „Nie mam nic”. Powtórzył to samo zapytanie po raz drugi, odpowiedziałem: „Dodać mogę chyba to, iż mając przed oczami walkę, nie uważałem siebie w prawie zostać obojętnym i po wzięciu dymisji w niej udział wziąłem”. „Co Pan mówisz, przez to sobie Pan więcej szkodzisz” – zawołał w głos prezes i po trzeci raz powtórzył, czy nic nie mam do dodania? „Nic nad to, com już powiedział” – odrzekłem – i zebranie opuściłem. [W 140]
Przeprawa sądowa odbyła się bez żadnego przygotowania z mej strony. W głowie mi nie powstało, aby tak trzykrotnie pytano i odpowiedź płynęła wprost ta, co się mi na myśl nasunęła. Czerpać mogłem to w źródle pewnej godności wojskowej, a nie powstańczej; tak jak gdyby walka toczyła się między dwoma narodami wolnymi. [W 140]
Zaledwiem wrócił do celi, wszedł podoficer, który mnie obsługiwał, rodem Łotysz, imieniem Ułups, i wszedłszy, na dobre płakał. „Co ci? – pytam. – „Jak nie płakać, was na śmierć osądzono”. Ułups była to poczciwa dusza […] Wieść o wyroku śmierci nie była niespodzianką. Przyjąłem więc, o ile dzisiaj sprawę zdać sobie mogę, w spokoju wyglądając, co też naprawdę nastąpi. [W 140-141]
Z niemałą boleścią żegnałem celkę, która była mym pierwszym schronieniem, przechodząc do innej, większej i świetlistszej; zamiast pociechy, nastał smutek. Rozstać się musiałem ze sąsiedztwem kościoła, ze słuchaniem Mszy św. i innych nabożeństw. Wprawdzie nieobecnym będąc, lecz przynajmniej łączny w duchu z wiernymi tam się modlącymi. [W 141]
Ks. prałat Niemeksza był też i w mojej celi, pytał, czy się chcę spowiadać: com bardzo rad wykonał nazajutrz i przyjąłem Pana Jezusa. Szkoda tego kapłana. Przyczyną główną zboczenia jego – łatwość towarzyska i przyjaźń z urzędnikami i z wojskowymi. Ze smutkiem kapłani, którzy go znali jeszcze w Petersburgu, opowiadali o tym. Powoli tracić zaczął równowagę. Serce miał chętne i dobre, okazał je nam i w więzieniu. Usterki, których się dopuścił, niech Bóg miłosierny raczy mu je łaskawie przebaczyć. [W 142]
Przyprowadzono raz karczmarza Izraelitę, przytrzymanego za jakąś drobną usługę okazaną któremuś z liczby chroniących się od prześladowania. […] Podziwiać przy tej okoliczności można było solidarność ludu żydowskiego. Jeden z dymisjonowanych pomiędzy strażą więzienną i jeżeli się nie mylę, ten sam, który do mnie przychodził jako szpieg z papierami, niby bardzo ważnymi, był też Izraelitą; z jakim staraniem rozciągnął opiekę nad swym współwyznawcą i zaopatrywał go w pożywienie Żydom przez ich zwyczaje przepisane. [W 142]
[…] podoficer Ułups odwiózł mnie w dorożce o rannej godzinie do komendatury, gdzie mieli być sprowadzeni skazani dla wysłuchania wyroku. Bóg jeden świadkiem tych cierpień moralnych, którymi niezrównanej w miłosierdziu swoim Opatrzności Bożej podobało się mnie w tym dniu ukrzyżować. Zachowanie się względem mnie jednej z osób rodziny Jamontów ostrym cierniem przeszyło wnętrze duszy. Czym zniósł to w prawdziwym zaparciu się, bez żalu? Całkowicie nie zniosłem. [W 143]
Przez nieoględne podanie jednego szczegółu mogłem utwierdzić Komisję w przekonaniu prawdziwości zeznań, przez innych już uczynionych, o rodzinie Jamontów, która, jakem wyżej nadmienił, po wtrąceniu młodego P.[arfianowicza] wszystka została uwięziona, a mieszkanie opieczętowane. A to się stało na dłuższy czas przed moim aresztowaniem. Dotkliwie też od niektórych osób z tej rodziny wysłuchałem później wyrzuty. Jeżelim zawinił, niech Bóg miłosierdzia raczy mi miłosiernie przebaczyć. [W 136-137]
W czasie czytania wyroku trzeba było zdobyć się na odwagę i wstrzymać czytającego, w celu złagodzenia kary (wyrok opiewał naprzód osądzenie mnie na śmierć); dodano rzecz o zeznaniu względnie do rodziny wspomnianej w przesadnym zupełnie świetle. Powiedziałem w głos – a wszyscyśmy my byli obecni – że to nieprawda. Na nic to się nie przydało, bo komendant Wiatkin krótko odparł, iż tę rzecz trzeba było powiedzieć w Komisji Śledczej. [W 143-144]
Wyrok na mnie zapadł: dziesięć lat robót fortecznych. Tej kary najbardziej się bałem, więcej niż katorgi, tj. więcej niż ciężkich robót, i Bóg w dobroci swojej mnie od niej uchronił. Z powodu przeładowania fortecznych aresztanckich rot w Omsku wysłano mnie z Tobolska dalej do ciężkich robót we wschodniej Syberii. [W 144]
Przesyłam Najdroższemu Papie kilka słów, skreślonych podczas widzenia się Mamy, cioci Linci i Maryni z Jurasiem – ze mną. Szczegóły mojej sprawy będą w liście Mamy; los mój nie będzie ciężki, jeżeli tylko będę pewny, że Was zostawię w pokoju duszy i zdrowia. – Przed wysłaniem jeszcze będę się starał napisać do Ciebie, teraz kończę, całuję po tysiąc razy ręce Twe i o błogosławieństwo Twe proszę. Józef. [L 42 – do ojca; Wilno, 06.1864]
Z komendatury odprowadzono do Ostroga za miastem, skąd w samą uroczystość św. apostołów Piotra i Pawła, w czas południowy, odbyliśmy uroczysty pochód przez ulice miasta do dworca kolei żelaznej. Moc ludu ulice zalegało, kozacy na konikach odpędzali, kto by chciał ku nam się zbliżyć, w oknach moc osób. Prawdziwy kondukt pogrzebowy. Skazanych liczba była olbrzymia; a któryż to już pochód od czasu zaczęcia ruchu powstańczego? Nie było stanu i wieku, który by nie miał swych przedstawicieli: obywatele ziemscy, lekarze, przedsiębiorcy, rzemieślnicy, także z ludu wiejskiego, niewiasty zamężne i stanu panieńskiego. Jak potok jaki płynęli wszyscy na daleki Wschód. [W 144]
Kiedy wyrok o skazaniu mnie na karę śmierci przez sąd wojenny wydano i przyszedł do przejrzenia do generał-audytoriatu, zaczęły niektóre osoby łożyć starania, aby przez wpływ samego generał-audytora załagodzić surowość kary. Ofiarowywano mu w tej myśli 500 rubli srebrnych w darze. Znalazł się szlachetnie, daru nie przyjął, zaręczył jednak, że nie zważając na niezmierną trudność przeprowadzenia rzeczy, z powodu, iżem się był przyznał do winy, uczyni wszystko możebne, aby zadość uczynić prośbie. [W 145]
Czuwali jednak nade mną, doskonale wiedzieli, kto byłem. Wyglądali tylko sposobnej chwili. Kiedy aresztowano Milewicza […] nie mogąc nic u niego się dopytać, osadzono go z nieszczęsnym P.[arfianowiczem], którego aresztowanie sprowadziło cały łańcuch nowych ofiar. Milewicz wygadał się przed nim, że teraz już wszyscy zniknęli czy przepadli w otchłani murawjewowskiej, został tylko jeden – i me nazwisko wymienił. Opowiadał mi o tym sam Milewicz; później spotkałem go w Tomsku czy w Irkucku skazany został na 6 lat ciężkich robót. [W 146]
Dodaję jeszcze jeden szczegół: w Tomsku zaszedł do wiezienia naszego kolega tegoż P.[arfianowicza] i opowiadał o nim, że zamyśla o schizmie, między innymi rzeczami też napomknął o sądzie, jaki wydał P.[arfianowicz] o różnych skazanych itd. Nie mówiąc, kto jestem, zapytałem, co P.[arfianowicz] sądził o mnie: „Et, głupi” – odrzekł. Przyznałem w duszy skuteczność sądu. Zauważył jednak poczciwy młodzian, że to o mnie była mowa, zawstydził się, chciał się tłumaczyć, szczególniej, że inni byli obecni tej rozmowie. Prosiłem, żeby odciągnął P.[arfianowicza] od schizmy, myślałem sam pójść, lecz nie była rzecz do wykonania. [W 146]
Wymienienie nazwiska mego wystarczyło dla uwięzienia, a moja własna nieroztropność przed Komisją zaprowadziła po śledztwie i sądzie do ostatniego przystanku w Wilnie, to jest do Ostroga, skąd wypadło wyruszyć na zawsze bezpowrotnie. W przeciągu kilku dni pobytu mieliśmy codziennie Mszę św. i przystępowaliśmy do Sakramentów św. Nieoceniony ks. Felicjan Antoniewicz i tu mnie nie opuścił, przychodził, słuchał Spowiedzi św., pocieszał. […] w żadne sprawy powstańcze się nie mieszał, oddany wyłącznie służbie Bożej i pracy około zbawienia dusz. [W 146-147]
Kiedy przeznaczony czas do wyprowadzania nas na kolej nadszedł i zaczęto po imieniu wzywać każdego z nas, aby utworzyć szeregi, przygotowaniśmy byli, że zostaniemy okuci. Do tego jednak nie przyszło. W położeniu naszym, kiedyśmy byli uważani jako rzecz, którą można było według upodobania pomiatać, trzeba było uważać siebie jakby bez życia i starać się, aby zachować choć tę iskierkę, która życie utrzymywała. [W 147]
Winienem być bardzo Bogu wdzięcznym za towarzysza, którym mnie wówczas Bóg raczył obdarzyć. Był nim niejaki Bruno Korzun. Nie mogę sobie przypomnieć dobrze, jakie zajmował stanowisko na świecie. Praktyczny, uczynny, stały w przyjaźni. Sam do mnie jeszcze w komendaturze się przygarnął i dotrwał aż do Irkucka, gdzieśmy się musieli rozstać. [ W 147]
Chwila opuszczania Ostroga była chwilą, w której się rozstawało ze wszystkim, co zasila duszę. Straszna była myśl rozstać się z pomocą kościelną. Co nas czeka, dokąd nas obrócą, Bogu tylko jednemu było wiadomo. Żegnając się z ks. Felicjanem, niejednemu stać się mogłem zgorszeniem; utulić się w płaczu nie mogłem. [W 147]
Zajęliśmy miejsca w wagonach w strasznej ciasnocie; dzień był upalny. Kiedy pociąg mijał ciągnące wzdłuż wzgórza pod miastem, rzucano z nich na pociąg, trochę z dala, kwiaty. Wyglądać one musiały jak kwiatki na grobach na cmentarzu. W drodze nic szczególnego nie zaszło. Nazajutrz koło południa stanęliśmy w Petersburgu i wysadzono nas na dworcu, gdzieśmy kilka godzin spędzić mogli. [W 149]
Wczoraj, kiedy tu rozdawano listy, chociaż byłem pewny, że nie mogę tak prędko mieć wiadomości od Was, drżało mi jednak serce, zdawało mi się, że coś i dla mnie będzie. Myśl moją ciągle do Was zwracam i przez to znajduję ochłodę i pokrzepienie w moim położeniu. Zdrowie mi, dzięki Bogu, służy dotąd nieźle, […] Pisujcie do mnie jak najczęściej i obszerniej. [L 44 – do rodziny; Moskwa, 07.1864]
Na dzisiaj nie mam Wam nic do pisania, jak się nabierze więcej zdarzeń i wiadomości, będą i listy dłuższe. Upraszam Was, bądźcie o mnie całkiem spokojni; usposobienie moje nic się nie zmieniło; w modlitwie zawsze z Wami się spotykam, wesołością nigdym się nie mógł pochwalić, teraz również się nie chwalę, ale Bóg mię obdarza spokojem wewnętrznym, przy Łasce Jego wszystko łatwo zniosę, a teraźniejsze moje położenie uważam jako pokutę za moje ciężkie winy. [L 44 – do rodziny; Moskwa, 07.1864]
Pod samą Moskwą ktoś z zamożnych, jak twierdzą, starowierców, założył dom dla wspierania nieszczęsnych (nieszczęsnych, to jest skazanych na karę wysyłki na Wschód, czyli na Sybir). Dawnymi czasy rząd zsyłanym nie dawał środków do życia i sama ludność ich zaopatrywała w żywność. Do tego domu i nas zaprowadzono. […] Po południu zaś moc osób z miasta przyszło dla rozdawania jałmużny. Ustawiono nas w szeregi. Z początku zaczęliśmy się wzdrygać w przyjmowaniu datków, lecz ofiarodawcy zaczęli nas przekonywać, że to czynią z dobrego serca, i zaczęli jeden po drugim nas jałmużną każdego obdzielać. [W 150]
Pod wieczór poprowadzono przez miasto na kolej; dzień był niedzielny i licznych przechodniów spotkać wypadło. Nikt jednak nam nie ubliżył. Przeciwnie, dawały się słyszeć głośne wołania: „Nie smućcie się bardzo, nastąpi amnestia”. Te wyrazy nie mogły w prawdzie dodawać nadziei, lecz zawsze miło było je usłyszeć, dlatego samego, że się znalazły dobre serca, które je wydały. [W 150-151]