LUTY
Rok A
Wiedząc o tym, jak Wam trudno o pieniądze, ale będąc tego przekonania, że w Kraju łatwiej o nie, niż tu w Syberii, gdzie nędza jest tak wielka, że każdy mający choć znaczny zapas, nie może być pewnym, że go jutro nie rozda potrzebującym towarzyszom, prosiłem o przysłanie mi pieniędzy choć niewiele do Irkucka, w tej myśli, że znajdą się ludzie, co nie odmówią pomocy nieszczęśliwym. – Zresztą postąpicie w tym wypadku, jak Wam starczą środki i wskazuje przekonanie. [L 62 – do rodziny; Tomsk, 12.1864]
Pamiętajcie o jednym, że ja jestem przygotowany do zniesienia wszelkich przeciwności, Bóg łaskaw, nie opuści; mam ten skarb wewnętrzny, którego mi nikt nie jest w stanie odebrać – ani do niego coś dodać przez wygody materialne, ale są ludzie, dla których nędza materialna prowadzi za sobą upadek moralny, o nich też najwięcej myślę, kiedy rozwijam przed Wami mój stan finansowy. W każdym liście Was tym dręczę. [L 62 – do rodziny; Tomsk, 12.1864]
14/26 grudnia. – Życie w Tomsku jednostajne i nieczynne, bez żadnego celu już mię bardzo znużyło, chłody zaś tak wielkie, że strach wybrać się w podróż. – Merkuriusz [rtęć] w barometrze całkiem zamarza, cóż mówić o nosach, uszach i t.p. Jaś z panem Adamem przyszli do mnie i znowu list przerwałem. [L 62 – do rodziny; Tomsk, 12.1864]
Dzisiaj jestem cały dzień niezdrów z następnej przyczyny: spotkałem tu jednego urzędnika, któregom znał w Petersburgu i który tam rusza, będąc u niego z rana napaliłem się cygara mocnego i tak mi się źle zrobiło, że dotychczas, a już wieczór, głowa mi się kręci, co zapewne się i odbije w nieporządku mego listu. – Nie mogę myśli połapać. Ten mały wypadek naprowadził mię na myśl filozoficzną, jak słabe i wątłe stworzenie jest człowiek – trochę dymu i już do niczego się staje, a jednak nadyma się pychą i rzuca się, jakby olbrzym jaki nawet do walki ze Stwórcą. [L 62 – do rodziny; Tomsk, 12.1864]
O szczegółach życia w Nerczyńsku nie mamy żadnych wiadomości, nic jednak bardzo strasznego bodaj nie ma. Zresztą do wszystkiego można się przyzwyczaić. Co na swobodzie byłoby nie do zniesienia, to teraz się przyjmuje, jak chleb z masłem, mówiąc litewskim narzeczem. – Uważam siebie za cudzą własność, aby tylko nie bolało, a zresztą, co mi do tego. [L 62 – do rodziny; Tomsk, 12.1864]
Moi Najdrożsi, Piszę ten list do Was w drugi dzień Bożego Narodzenia, miałem go właściwie wczoraj zacząć. Wczoraj się spowiadałem i będąc pokrzepionym Chlebem nieziemskim, rad bym był podzielić się mym usposobieniem z Wami, ofiarując Wam to, co mogę mieć najdroższego: myśl spokojną i czyste uczucia. Ale nabożeństwo przeciągnęło się do późna, po obiedzie zaś ciągłe przeszkody, a wieczorem kilka osób, które się zebrały u Jasia, stanęły mi na zawadzie. [L 63 – do rodziny; Tomsk, 12.1864 / 01.1865]
Tylko cośmy mieli sprzeczkę z Jasiem: zmusił mię do cofnięcia mego zdania swoim rozumowaniem sercowym: przy danej okoliczności pomocy bliźniemu, wypadło rozstrzygnąć – czy się powodować sercem, czy rozumem. Broniłem złej sprawy – rozumu, wyznam jednak szczerze, że bardziej przez wrodzony upór, który stanowi tło mego charakteru, aniżeli z przekonania; prędko więc musiałem ustąpić i uścisnąć Jasia za jego poczciwą naturę. – Czym lepiej siebie poznaję, tym więcej tracę w mym własnym przekonaniu; coraz z nowym, dawniej ukrytym, wrogiem bojować muszę. [L 63 – do rodziny; Tomsk, 12.1864 / 01.1865]
1/13 stycznia 1865. Piszę w dzień Nowego Roku i razem w wilię [wigilię] wyjazdu mego z Tomska. – Wieczór spędziłem na przygotowaniu się do trochę niespodziewanej podróży, teraz zasiadam do przesłania Wam, moi Najdrożsi, życzeń i według zwyczaju powinszowania. – Życzeń tyle co nędzy. – Smutno mi pożegnać Jasia i przykro ruszyć się z miejsca, już się odwykło od podróży po dwumiesięcznym wypoczynku. [L 63 – do rodziny; Tomsk, 12.1864 / 01.1865]
Tylko szczególna łaska Opatrzności Boskiej mogła utrzymywać siły, gdy się zważy dzień cały przebyty na mrozie, a nieraz podobnież i noc. Zdarzało się bowiem przybywać na nocleg do etapów całkiem nie opalanych. Na kominku starano się wnet ogień rozniecić, aby się rozgrzać, a kto miał co do jadła, to też i odegrzać. Najbardziej się to dawało odczuwać w czasie podróży z Tomska do Irkucka, w srogie zimno odbytej. W samym Tomsku około świąt Bożego Narodzenia mrozy już dochodziły do 40º, wprawdzie przy wielkiej ciszy powietrza, co łagodziło wrażenie zimna. W razie jednak nieoględności od odmrożeń nie ochraniało. [W 156]
Największa uciechą była możność bywania w kościele. Kiedy po tak długiej niebytności w nim człek się znalazł w Przybytku Pańskim i zaczęła się Msza św. uroczysta, na pierwszy odgłos organów trzeba było wypłakać się w ukryciu przez cały przeciąg nabożeństwa, łkania, trochę głośnego, nie można było jednak stłumić. W pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia < nie zważając na zimno > wysłuchać się udało sześć Mszy św. Trzy za siebie, a trzy drugie na intencję Kazimierza Laudyna, który zasłabł wówczas na tyfus i został w wielkim niebezpieczeństwie życia. [W 156-157]
Kazimierz L[audyn] z Inflant […] spostrzegłem na wpół skurczonego, wysokiego wzrostu, młodego człowieka; oddawał się on gorącej modlitwie. Uderzony szlachetną postacią modlącego się, przystąpiłem do niego, zapytując, skąd jest, i to był początek znajomości, która dotrwała do dnia dzisiejszego, chociaż Kazimierz L[audyn] po powrocie ze Syberii osiadł w Moskwie dla prowadzenia niektórych przedsiębiorstw przemysłowych. Węzeł ścisłej i statecznej przyjaźni, niczym nie naruszonej, nas odtąd złączył. [W 157]
Los tych, których spotkała kara lżejsza, jak np. osiedlenie lub posielenje, był daleko dotkliwszym aniżeli skazanych do katorgi, czyli robót ciężkich. Ci ostatni mieli oparcie we wspólnym towarzystwie, a przeto wzajemne poparcie się, będąc w gromadzie na miejscu kary; pierwsi zaś, przeciwnie, rozrzuceni pojedynczo lub w kilku po wioskach, pozbawieni wszelkiej pomocy bratniej, kościelnej i towarzyskiej. Wprawdzie niekiedy w jednej i tej samej wiosce osadzano całą wywiezioną gminę, lecz to były wyjątki nie tak liczne. [W 157-158]
Z Tomska wywieziono nas w styczniu, a przed świętami wielkanocnymi stanęliśmy w Irkucku. W Krasnojarsku przystanek był krótki. Podróż wszystka z Tobolska do samego Irkucka, około 3000 wiorst przestrzeni, nie przedstawiła nic wydatnego. Od stacji do stacji zmiana koni i powózek, przystanek na nocleg, jak się zdarzył, już na etapach, już w izbach włościańskich. Żaden wypadek szczególny dzięki Opatrzności Bożej się nie nadarzył, chyba jakie drobne dokuczliwości, wszędzie zresztą nieuniknione. [W 158]
Już drugi tydzień naszej podróży z Tomska ma się ku końcowi, myśmy ledwo wiorst 300 drogi przebyli. […] Jadę razem z Korzunem, kupiliśmy za kilka rubli sanie, tu nazywane koszowymi, jechać więc nieźle, tylko codzienne pakowanie i rozpakowywanie się, po odzwyczajeniu się, dokucza niby trochę. [L 64 – do rodziny; wieś Krasnoreczka, 01.1865]
Na przystankach dostaję gramatykę łacińską, która mi starczy za całą rozrywkę. – Życie jednak bezmyślne, przy ciągłych jednostajnych kłopotach podróży, oddziałuje szkodliwie na umysł, pamięć tępieje, a zdolność myślenia obumiera powoli. To smutne odkrycie niedawno zrobiłem u siebie, i jeżeli nadal stan ten trwać będzie, to niewiele przywieziemy do Kraju, jeżeli go nam Bóg kiedy oglądać pozwoli, świeżości umysłu i dawniej nabytych wiadomości. [L 64 – do rodziny; wieś Krasnoreczka, 01.1865]
Chciwość jest bodaj największą wadą tutejszych kobiet, które znowu z innej strony odznaczają się gospodarnością i oddaniem się pracy wewnętrznej w gospodarstwie domowym. – Dzisiejsza gospodyni znowu jest niezmiernie zazdrosną i ciągle wymawia mężowi jego postępowanie. Ten, widać przywykł do tego, uwagi najmniejszej na to nie zwraca. [L 64 – do rodziny; wieś Krasnoreczka, 01.1865]
Smutno mi, że z trzech listów pisanych do Was z Tobolska, jeden tylko, najkrótszy, doszedł rąk Waszych. Jeden z nich był pisany do Kochanego Papy. Boleśnie mi było, a teraz jeszcze bardziej boleśnie, nie mieć żadnego listu od Ojca w tak smutnym moim położeniu. Myślałem, że rozwiązanie tej dotkliwej zagadki znajdę w Krasnojarsku w odpowiedzi na list mój, wyżej wzmiankowany, ale stało się inaczej i muszę dalej włóczyć moje cierpienie. [L 65 – do rodziny; Krasnojarsk, 01.1865]
Nieraz staję się niewolnikiem rozmaitych wątpliwości, czy postępowanie moje nie było błędnym i czy nie odtrąciło ode mnie serce ojcowskie, ale czuję się czystym we własnym sumieniu i proszę tylko Boga o przebaczenie grzechów niewiadomości i młodości, które – jako człowiek – łatwo popełnić mogłem. – Ale, jako człowiek, szukałem doczesnej pociechy, czekałem jej i czekam od osoby dla mnie najdroższej. [L 65 – do rodziny; Krasnojarsk, 01.1865]
Wzdrygam się na samą myśl podróży, która nam zajmie przynajmniej półtora miesiąca do Irkucka, a na miejscu chyba na wiosnę staniemy. Jesteśmy jak marynarze, wystawieni na walkę z żywiołami natury, rzadko zarzucający kotwicę i pędzeni stałym wiatrem do nieznanego portu. [L 65 – do rodziny; Krasnojarsk, 01.1865]
Proszę więc Was, nie róbcie żadnych zachodów w sprawie pieniężnej; z miejsca napiszę jakie mogą być moje roczne wydatki, jeżeli będziecie mogli je zaspokoić – dobrze, w razie przeciwnym, niech Was to nie zatrważa, da mi Bóg sił do zniesienia swego losu, a jeżelibym i nie wytrzymał, niech się stanie Wola Jego Święta. – Tysiące w około mnie zostają bez żadnej pomocy z domu i dają sobie radę, za cóż ja miałbym być wyjątkiem. [L 65 – do rodziny; Krasnojarsk, 01.1865]
Niech mię Bóg broni od myśli, żebym miał kiedy Wasze przywiązanie stracić, ale nieobecność nie może zostać bez wpływu, szczególniej przy tak rzadkich stosunkach listowych. – Jest to przeczucie, któremu ulegają, o ile zauważyć mogłem, wszyscy moi towarzysze podróży. [L 65 – do rodziny; Krasnojarsk, 01.1865]
Już siódmy miesiąc wyjazdu mego z Wilna upływa, a w przeciągu tego czasu ledwo słów kilka pobieżnie skreślonych odebrałem od Ciebie; jeżeli postępowanie moje przeszłe, albo cokolwiek w listach do Ciebie lub do Wilna pisanych odstręczyło Cię ode mnie, to zechciej mi to, Ojcze Drogi, otwarcie wypowiedzieć, ja z pokorą uznam winę moją. – Wiem, żem dużo błądził, a szczególniej przed Tobą winien jestem; nigdym nie był szczerym z Tobą, a nadęty pychą i wiarą we własne siły nie dawałem oznak synowskiej uległości. – Bóg też mię ukarał; w cierpieniu moim teraźniejszym jedyną osłodą są stosunki z osobami dla mnie drogimi – a i tych jestem w głównej części pozbawiony przez Twe milczenie. [L 66 – do ojca; Krasnojarsk, 01.1865]
Stan moralny ludu niewysoko stoi: nieuszanowanie władzy ojcowskiej i pewna pogarda dla niedołężnych już rodziców często kończy się targaniem się dzieci na życie rodziców. – Mężczyźni trochę dostatni tracą dużo na wódkę. Kobiety są gospodarne, ale niemoralne; częste są przykłady otrucia nawet mężów. Obchodzenie się z dziećmi jest okrutne. W ogóle na żonę tu patrzą jako na striapkę [z ros. striapat – gotować, pitrasić], tak je tu nazywają, a na dzieci jako na przyszłych robotników, którzy powiększą łatwość zarobku. [L 66 – do ojca; Krasnojarsk, 01.1865]
Znużeni jednostajnością podróży, prawie co dzień oczadziali, niepewni przyszłości, obcy dla ludności, z którą potrzeby tylko nasze materialne nas znajomią, tworzymy jakieś martwe ciało. [L 67 – do rodziny; Krasnojarsk, 02.1865]
W Permie, gdzieśmy się lokowali w dawnym szpitalu, kilkunastu z nas mieszkało w byłej trupiarni, na której ktoś nakreślił napis: „Hôtel des morts” [Hotel umarłych], nic bardziej odpowiedniego do naszego położenia. – Nie stosuję tego do oddzielnych jednostek, gdyż w każdym z nas życie wewnątrz skupione, ale człowiek jest przede wszystkim zwierzęciem towarzyskim i potrzebuje wylania się na zewnątrz. – Nieodebranie przez Was listów moich pisanych z Tobolska zadało mi prawdziwą klęskę moralną, – straciłem pewność utrzymania z Wami stałych stosunków, poczułem się całkiem osamotnionym. [L 67 – do rodziny; Krasnojarsk, 02.1865]
W tej stronie Syberii, gdzie jesteśmy obecnie, ludność odznacza się ciemnotą, tylko słychać o samych zbrodniach; byt domowy nacechowany niezgodą, tu dzieci na rodziców, tam rodzice na dzieci nastają. – W mowie, co słowo, to przekleństwo, rozrywką pijatyka, do pracy niechęć. – Spotykaliśmy i tu jednak śliczne i harmonijne rodziny, dla przybylców gościnne, w sobie zgodne; tam właśnie dotykalnie sprawdzić można wpływ, jaki początkowe szkółki wywrzeć mogą. Jeden promyk oświaty, a za nim się tłoczą zdrowsze pojęcia religijne i moralne. [L 67 – do rodziny; Krasnojarsk, 02.1865]
Rzadko tu spotkać umiejących pacierz, cóż mówić o Przykazaniach, które stanowią podstawę prawa moralnego. Miłosierdzie Boskie, prawda – nieskończone, ale Ono nie uwalnia ludzi wykształceńszych od pracy w myśl oświaty bliźnich. Na nieszczęście takich pracowników mało, i stąd łatwo wyrozumować na pierwszy rzut paradoksalne zdanie, że piśmienność między prostym ludem jest szkodliwą, gdyż istotnie, nie będąc rozpowszechnioną w masie, staje się własnością kilku jednostek mogących jej użyć i używających ją jako środek nadużyć. [L 67 – do rodziny; Krasnojarsk, 02.1865]
Wzdychamy wszyscy do końca podróży. Przejechaliśmy teraz wiorst kilkaset puszczą, którą tu zowią tajgą, ludzie nawet w postaci podobni do dzikich. [L 67 – do rodziny; Krasnojarsk, 02.1865]
Cała partia nasza składa się ledwo z 28 osób, między nami trzech z żonami i dziećmi. Były mój towarzysz Lauden został w Tomsku, jadę dalej z Korzunem, Bronisławowie daleko za mną zostali. Dowiaduję się w tej chwili, że w Irkucku odbierają wszystkie książki, niewesoła to nowina, wszak jedyna rozrywka. Ale nie chcę wierzyć, żeby to było prawdą. Tyleśmy się już bajek nasłuchali. [L 67 – do rodziny; Krasnojarsk, 02.1865]