WRZESIEŃ

Rok A


  1. A nuda, przy braku pracy, jeszcze nikogo do dobrego nie doprowadziła. – Oto myśli moje. [L 27 – do Ludwiki Młockiej; Brześć, 07.1862]

  2. Zapewne nie wcześniej jak we wrześniu będę mógł być w Warszawie; położenie interesów moich wcale nie zadowalające; biję się jak ryba o lód i nie wiem, co mam począć. I w sobie i zewnątrz siebie smutne dzieje! [L 28 – do Ludwiki Młockiej; Brześć, 08.1862]

  3. Ja zawszem gotów uderzyć przed nią czołem i przyjąć naznaczoną pokutę, żeby tylko znieść tę tajemniczą zasłonę milczenia, która dla mnie jest przez to boleśną, że zostawuje stosunki nasze w jakimś nieokreślonym stanie. Jednym słowem bardzo mi przykro, że Masia nie chce do mnie przemówić. [L 30 – do Wiktora Kalinowskiego; Brześć, 09.1862]

  4. Smutno mi było niezmiernie; takiego smutku nie częstom doznawał, jakby mgła jaka spowiła wokoło mnie, wszystko co mię otaczało wydawało się nie tylko obcym, ale odpychającym. Czas jednak swego dokonał, jużem teraz spokojny i oddany pracy. Starań jednak dla wydobycia się z Brześcia nie przerwałem. [L 31 – do Ludwiki Młockiej; Brześć, 11.1862]

  5. Powodowany chęcią dowiedzenia się czegokolwiek o Masi, przeczytałem jej list; był to pierwszy list żony do męża czytany przeze mnie – wyłączam listy w romansach. Zabawnie pisują małżonkowie do siebie; przeplatanie uczucia z gospodarstwem jest jedyne – uśmiałem się serdecznie; niech jednak Droga pani nie myśli, żebym się wyśmiewał z listu. Od wesołości do rozrzewnienia niedaleko; poczciwa kobieta, ta Masia. Szczęśliwy ten – kto ma sobie oddanym serce tak kochające, jak serce Masi. Chciałem pozazdrościć Wiktorowi, ale – cóż by to pomogło. [L 32 – do Ludwiki Młockiej; Brześć, 01.1863]

  6. W czasie istnienia tych przygotowawczych czynników pewnego dnia w Brześciu wezwano mnie do przyjęcia udziału w zebraniu obywateli okolicznych w celu porozumienia się w rzeczach dotyczących udziału w ruchu powstańczym. […] Liczne było zebranie, między obecnymi nie dało się wielce spostrzec ku ruchowi powstańczemu ochoczych. Przeważnie tylko jeden młody nauczyciel miejscowy występował z wykazywaniem powodzenia, licząc na pomoc nie tylko mocarstw zachodnich, lecz nawet i samej Turcji. Na te i podobne dowody, […] nie zważając na niesmak, jaki wywołać musiałem, uwydatniłem groźne i zgubne następstwa z tego rodzaju urojeń, z podjęcia oręża w złudzeniach, w próżnej nadziei wygranej, nadziei opartej na takich urojonych podstawach. [W 111]

  7. Usłyszałem z ust nauczyciela wyrazy: „Tylko szpieg chyba moskiewski może coś podobnego wypowiadać”. „Zobaczymy – na tom tak odrzekł – kto siebie łatwiej poświęci, czy ja, czy Pan”. I tak się stało; wypadło mi odbyć podróż na Sybir, a pan nauczyciel spokojnie na swych leżach w Brześciu pozostał. Opuściłem zebranie pełen goryczy i smutku, widząc, do czego na ślepo zmierzają. [W 111]

  8. Nie chcę do rzeczywistych trosk życia – jeszcze smutek, urojony może – dodawać; czyż rzeczywiście zasłużyłem na niepamięć Drogiej Pani? Żyjemy w takim czasie, w którym trudno rozporządzić jutrem, Bóg jeden wie, kiedy będę mógł powitać osoby, dla których mam nieprzebrane uczucia przyjaźni, do tych osób śmiem i Panią Ludwikę zaliczyć – rad bym więc w tej chwili szczególnej mieć od Niej dowód pamięci. [L 33 – do Ludwiki Młockiej; Brześć, 02.1863]

  9. Koledze memu w pierwszy dzień ekspedycji kula czapkę zrzuciła; Opatrzność mię uchroniła od tej wyprawy, gdyż kazano nam dwóm ciągnąć losy, jemu iść wypadło, a przy moim wzroście – kula nie czapkę, ale głowę by przebiła. W obecnej więc chwili życie zależy od wyciągnięcia węzełka. Pracy jednak tu mi nie zbywa, nieraz w nocy zrywać się trzeba. [...] Nie chcę dłużej pisać, bo bym za wiele wylał goryczy. Pana Władysława uściskam i żegnam Panią. Serdeczne pozdrowienia. [L 33 – do Ludwiki Młockiej; Brześć, 02.1863]

  10. Nazajutrz postanowiono wyprawić oddział przeciwko powstańcom i w przypuszczeniu potrzeby sypania szańców jeden z inżynierii musiał wojsku towarzyszyć. Oprócz mnie i Włodyczańskiego […] wszyscy byli żonaci, wypadło zatem w tej wyprawie uczestniczyć jednemu z nas dwóch. Ciągnęliśmy losy, padł los na Włodyczańskiego. Za parę dni wrócił bez żadnej szkody; do bitwy całkiem nie przyszło, partia powstańcza pod dowództwem Rogińskiego zwróciła się w inną stronę, przeszła granicę i ocuciła się na Litwie w nieodległej od Brześcia okolicy. [W 112-113]

  11. Wszystko musiało wtedy stanąć w Brześciu na stopie wojennej. Trudno opisać, co się w duszy mojej działo, straszna walka wewnętrzna powstała. Zostawać niepodobna było w mundurze wojskowym, gdy całe serce coraz drgać musiało na wieść o rozlewie krwi bratniej < póki na koniec na ostateczny krok porzucenia całkiem służby się nie zdobyłem >. [W 113]

  12. Oto obraz mojej rodziny, niewiele w nim, jak w całej teraźniejszości, wesołego. Nie ma przedmiotu, na którym myśl by mogła wypocząć; tylko w modlitwie – jeżeli kto się jeszcze umie modlić, można spokoju, choć nie na długo, znaleźć. [L 34 – do Ludwiki Młockiej; Brześć, 02.1863]

  13. Mój stan „całe życie biedny” – nie swoją biedą – to cudzą, nie rzeczywistą, to urojoną. Żyć jednak i pracować trzeba – jeżeli nie dla siebie, to dla drugich. [L 35 – do Ludwiki Młockiej; Brześć, 03.1863]

  14. Kochany Wiktorze! List twój, acz nie bardzo pocieszający, odebrałem jednak z radością – wiem też przynajmniej, co się z Wami dzieje. Lutek i Ty takeście się zawzięli milczeć, że już nie wiedziałem, czy prostym lenistwem mogę wytłumaczyć zaniedbanie stosunków rodzinnych. [L 36 – do Wiktora Kalinowskiego; Brześć, 03.1863]

  15. Dla przytłumienia powstania na dowódcę wojska zgromadzonego w Brześciu wyznaczony przez cesarza fligel-adiutant generał baron Nostitz. Przedtem niż ruszył z Brześcia przeciwko oddziałowi Rogińskiego, […] przemówił do stojącego pod bronią żołnierstwa. Przemowa tchnęła nienawiścią i skierowana była na ucisk i nieoszczędzanie nikogo, z wyjątkiem starców i kobiet, jakby istotnie ludność cała okoliczna powstała lub powstać miała. Objawów zaś ruchu powstańczego całkiem znać nie było, a udział następnie w powstaniu przez lud wzięty był jakby żaden. Przemowa o tyle dla mnie zbawienna była, iżem wnet starać się zaczął o uwolnienie mnie ze służby, tj. o dymisję. [W 113]

  16. Skutki zaś przemowy na żołdactwo wnet się okazały w przerażający sposób. W pierwszych dniach pochodu napotkano ciągnące się wozy, o ile przypomnieć sobie mogę, ze zbożem i kilkoma beczkami wódki. W przypuszczeniu, że ten transport z folwarku obywatela Śnieżko przeznaczony na pomoc powstańcom, napadnięto nań, żołdactwo rzuciło się do beczek z gorzałką i w stanie podpitym, zbaczając z drogi, skierowało się ku dworowi pana Śnieżko, zamordowało tego ostatniego, spustoszenie zupełne sprawiając. […] Wytyczyło żołdactwo nawet armaty i chciało dom cały burzyć, nie przyszło do tego dzięki szlachetnemu bohaterstwu jednego z oficerów Rosjan, artylerii, który stanął sam przed działem, nie mogąc inaczej rozjuszonych żołnierzy ukrócić. [W 113-114]

  17. Nostitz sam później opowiadał, z jak wielkim niepokojem wyszedł na jej spotkanie, w obawie będąc wysłuchania ciężkich wyrzutów za to, co zaszło, i z wymagania sprawiedliwego zadośćuczynienia przeciwko winowajcom. Cóż się jednak stało? Nie wiadomo, z czyjej porady, zamiast takowych wymagań pani Śnieżko [żona zamordowanego] uklękła, podając z płaczem prośbę, w której błagała o zwrot za szkody materialne, wynoszące kilkanaście tysięcy. Ten czyn nierozważny i w kole samych Rosjan < cóż mówić o nas >, wywołał pewną wzgardę i bolesne moralne wrażenie, a nas niezmiernie zasmucił. Uspokojony Nostitz obiecał żądaniu odszkodowania zadośćuczynić. [W 114]

  18. Wracając z wyprawy, po rozproszeniu oddziału powstańców, Nostitz przyprowadził ze sobą z góra stu jeńców, a w ich liczbie i samego dowódcę, młodego, całkiem niedoświadczonego Rogińskiego. […] Prawie sama była młodzież, trochę z ludu i – o ile przypomnieć – parę obywateli ze szlachty. Znaczna liczba jeńców stała na placu fortecznym, przygotowywano miejsce dla nich w kazamatach. […] Najbardziej ułatwiały nam udzielanie tych pomocy same panie Moskiewski, szczególniej żona pułkownika Zwierowa. Ta sama się ofiarowała zająć się naszymi biedakami i sporządzała, co mogła. [W 114-115]

  19. Jest to wielkie nieszczęście, że młodzież nasza tak wcześnie porzucać musi ognisko domowe i zostawiana własnemu natchnieniu, popełnia niedorzeczności, które na szwank narażają nie tylko zdrowie, ale i byt całej młodzieży. Więcej w życiu naszym goryczy niż słodyczy – a zawsze w sobie powinniśmy winy szukać. [L 36 – do Wiktora Kalinowskiego; Brześć, 03.1863]

  20. Czas jakiś byliśmy w Brześciu zatrwożeniu przejściem oddziałów powstańczych przez Bug, teraz już się wszystko w okolicy naszej uspokoiło. Przywódca oddziału Rogiński, ścigany przez wojsko – uszedł w Pińszczyznę i tam przez włościan został schwytany. Jest to młody chłopak lat 23, bardzo ujmującej powierzchowności, ale na nieszczęście zbyt młody i niedoświadczony, niewłaściwy wybrał środek do uszczęśliwiania swej Ojczyzny: nie krwi, której do zbytku się przelało na niwach Polski – ale potu ona potrzebuje! Na nieszczęście kraju, młodzież tego zrozumieć nie chce. [L 36 – do Wiktora Kalinowskiego; Brześć, 03.1863]

  21. Na Litwie nie zważano na stanowisko społeczne, na zamożność, na obowiązki rodzinne, wszystko przynoszono w ofierze. Prawdziwe całopalenie. Stawiłem przed oczy swe to wszystko i zadawałem sobie pytanie, czy wolno mi wobec tylu osób, które dla sprawy, uważanej już wówczas za istotnie narodową, wszystko poświęcili, czy wolno mi pozostawać bezczynnym. Szukałem rady w tej rzeczy u poważnych osób; wyglądając otrzymania dymisji ze służby. Dawano mi odpowiedzi wątpliwe, gdyż powstanie żadnego powodzenia nie wróżyło. [W 115]

  22. Ogólny jednak stan zbyt się uwydatniał i sprawa sama przybierała cechę potrzeby niesienia z osoby własnej po prostu ofiary, bez żadnej widowni czynu, lecz tylko z obowiązku. [W 116]

  23. Poświęcają się i poświęcili się inni, czy wolno mi zostawać obojętnym? Tego rodzaju myśli krążyły po głowie. Więcej w tym było uczucia aniżeli rozmysłu. Coś nie dającego się wyraźnie określić usposabiało do pewnej gotowości < wzięcia udziału >, a znowu jednocześnie w zawieszeniu trzymało. Żyło się jakby w mglistym zmroku, spostrzegała się bowiem przy tym wyraźna bezskuteczność rzeczy, a zniszczenia co niemiara. [W 116]

  24. Był to młodzieniec lat 18, w samym kwiecie rozwoju duszy, […] A czy to była jedyna podobna ofiara? Serce krwią się zalewało, słuchając opowiadania pozostałego przy życiu brata. Opatrzony będąc tylko w jakąś kartkę, nie wystarczającą w razie potrzeby okazania władzom, nie zważając na moje uwagi, aby więcej się nie narażał na oczywistą zgubę, postanowił on jednak wrócić do rozbitków swego oddziału. [W 117]

  25. W tym samym miesiącu lub na początku maja przypadkowo napotkałem jadącego w dyliżansie byłego mego towarzysza z Akademii Inżynierii, oficera gwardii. Jechał z Petersburga w ubraniu świeckim. Powiedział mi, że się udaje do Warszawy do powstania. Zachęcał mnie i obiecałem mu do tego dążyć; wewnątrz, w duszy jednak jeszczem do stanowczości nie dojrzał. [W 117]

  26. Nie uszedł z tym wszystkim oczu Alfa [Wrześniowskiego], który go wnet poznał i o tym umknięciu z boleścią się odezwał, wykazując mi razem całą ujemna stronę tych, którzy pierwsi wprowadzili naród na tor powstańczy i utworzyli sami Rząd Narodowy. Trzech czy dwóch z nich nazwał po imieniu, gdyż byli jego towarzyszami w szkole realnej w Warszawie i nie cieszyli się dobrą sławą między swoimi. Po wznieceniu powstania sami, jak mówił, uszli za granicę. Nie bardzo to słyszane dodawać mi mogło zachęty; zamykały się jednak oczy na tych, co pożar wzniecili, zwracały się one przeważnie na tych, którzy w ten buchający ogień na spalenie się rzucili. I to ostatnie przemogło. [W 118]

  27. Pułkownik X [Józef Gałęzowski] < też z Petersburga, ze sztabu generalnego >, naczelnik Wydziału Wojny w Rządzie Narodowym, przeznaczył mnie do tegoż Wydziału w Wilnie. W istocie, wobec stanu ówczesnego rzeczy, był rząd bardziej nominalny, aniżeli coś wyraźnie oznaczający. Zwracał mi X na niektóre rzeczy uwagę, zresztą bardzo ogólnikowo, i jedna rzecz przy tej rozmowie rażąca mi się okazała i której stanowczo zaprzeczyć musiałem, mianowicie zachęcanie do wydawania łatwo wyroków śmierci. Na tom się odezwał, iż w tym duchu postępować nie mogę i podobnego zadania przyjmować na siebie nie chcę. Cofnęli wówczas oba, gdyż i gwardzista K. był obecny, te zachęty i takeśmy się rozstali. [W 118]

  28. Jeżeli rzecz się podda pod głęboką rozwagę i gdy się ją zważy na szali sumienia, jeżelibym był wówczas zaopatrzył się w modlitwę i radę spowiednika < bezstronnego >, żadnego bym stanowiska w organizacji nie przyjął. Kto bowiem był mocen udzielić mi prawa życia i sumienia? Każdy zaś wchodzący w ruch powstańczy przybierał to prawo w stosunku nasamprzód do siebie samego, następnie do tych, których się przyjmuje lub zachęca do powstania lub zostają w powstaniu: dalej wobec samych przeciwników powstania. Na koniec skąd to prawo względem nawet samych nieprzyjaciół? [W 119]

  29. A cóż mówić o następstwach i rzucaniu narodu na większy ucisk, a Kościoła św. na dotkliwe prześladowanie? To ostatnie najbardziej woła przeciwko wszystkim stronnictwom, które istniały w tych czasach na łonie narodu. [W 119]

  30. Czasy zaś były, w których wypadki na samym początku zaszłe w Warszawie usposobiły czynienie możliwych ułatwień ze strony rządu dla rozwoju swobody narodowej i dla wolności Kościoła. […] Z tej chwili trzeba było korzystać, szukając prawdziwego dobra kraju. Na nieszczęście nie znaleźli się przedstawiciele w narodzie na wyżynie tego zadania; gonili za dobrem urojonym i niemożliwym. Naród w żałobie – doprowadzony do stanu narodu w kajdanach. Wprawdzie wstępowałem do organizacji w chwilach, kiedy już w Królestwie, Litwie, Rusi, Kijowie na naród te ostatnie nakładano, a jednak – sumienie mi dużo wyrzuca. [W 119]