LIPIEC
Rok B
Słowa Ojca mego: „że pewno nie pożałujesz dla Boga siostrzyczki swojej, tego nowego przybyłego Mu aniołka” i szczegóły ostatnich dni jej życia kazały ustąpić smutkowi. – Nadto w naszym położeniu strata drogich nam osób przybliża je bardziej aniżeli oddala od nas – zostaję więc teraz jakby w ciągłej obecności kochanej mej siostrzyczki. – Nieraz czytałem Michasiowi [ich wychowanek] lekcję ze Mszy żałobnej wyjętą z listu ś-go Pawła [1 Kor 15, 51-57], oby też słowa tego Apostoła mogły nas wszystkich pocieszać w podobnych doczesnych boleściach. [L 99 – do Feliksa Zienkowicza; Usole, 07.1868]
Jeżeliby zwłoka kilku tygodni nic nie wpłynęła na zdobycie tej posady, o której mi wspomniałeś w Twym liście, a której przy tak trudnych okolicznościach chwycić się muszę, to bym wolał jeszcze odroczyć swój wyjazd, chcąc przygotować niektóre z dzieci do pierwszej Komunii w czasie bytności spodziewanej księdza. – Do zajęcia się dziećmi jużem trochę przywykł i ochoczo się doń wezmę, nie ufając jednak własnym siłom, trwoży mię myśl czy wydołam. […] Niewłaściwość zajęcia przykre wrażenie na razie budzi, ale wszak Mojżesz 40 lat był, delikatnie mówiąc, pasterzem, co mu nie przeszkodziło trafić później na drogę właściwego powołania. Bieda jedna, że mojżeszów teraz liczba zbyt się między nami mnoży, w porządku odwrotnym – z prawodawców stajemy się pasterzami. [L 99 – do Feliksa Zienkowicza; Usole, 07.1868]
Moi Najdrożsi Ojcze i Matko, Po trzech latach zapleśniałego życia w Ussolu, przygotowania się do wyjazdu zeń, sam wyjazd i na koniec ulokowanie się w mieście w innych i odmiennych warunkach, tak mię rozproszyły, że dzisiaj stanowczo nie jestem w stanie pochwycić nici korespondencji mojej z Wami. […] Poczciwy Kazimierz [Laudyn] przyjął mię jak brata, zamieszkałem więc u niego, każdy z nas ma osobny pokoik sypialny i jeden wspólny gościnny. Stół mamy w domu, stołują się obecnie Jakub [Gieysztor] i Mieczysław [Siesicki], mieszkający od nas tylko przez ulicę. […] Kościółek śliczniuchny, Msza Ś-a co dzień, wczoraj było uroczyste nabożeństwo, kilku z nas przystępowało do Stołu Pańskiego. [L 102 – do rodziny; Irkuck, 08.1868]
Z pierwszego listu, pisanego w lipcu z Musicz, widzę, że boleść Was nie opuszcza [po śmierci córki Moniki, przyrodniej siostry Józefa]. Smutny też i ja jestem Waszym cierpieniem i smutkiem bardziej niż własnym, ja sam jestem jakby odrętwiały i obumarły. Śmierć dla mnie jest tylko przejściem do lepszego życia, tym tylko mogę Was pocieszać, a zresztą będę prosił Boga o pociechę dla Was. [L 102 – do rodziny; Irkuck, 08.1868]
Przenoszę się więc wprost z Usola do Irkucka. Każdy z tam osiadłych oddał się pracy swego fachu. Lekarze byli bardzo wzięci; wielu z nas znalazło zajęcie w nauczaniu młodzieży szkolnej, nie zważając na ścisły zakaz, lecz na ten ostatni i sam pułkownik żandarmerii, bardzo prawy i chętny dla nas człowiek, nie zważał, podobnież i obywatele miasta, kupcy i sami nauczyciele gimnazjum dla swoich uczniów w pensjonatach do nas się uciekali. Kilku z naszych oddawało się kupiectwu, inni znowu rzemiosłom różnym. Niektórzy poświęcali się naukom przyrodniczym. Życie biegło trybem zwykłym, potocznym. [W 174]
Jednego tylko wymienię dra Józefa Łagowskiego. W mieście najbardziej był poszukiwany jako lekarz i najbardziej lubiany. […] Bez żadnej przesady powiedzieć można, że ludność wszystka Irkucka od kościoła do cmentarza towarzyszyła orszakowi żałobnemu. Dr Józef odznaczał się szczególną miłością braterską. […] Pod wielu, wielu względami odczuliśmy w towarzystwie wygnańczym bolesne następstwa tego zgonu. Zabrakło męża, który powagą swą, chociażby nie czynem, oddziaływał na bliższe i dalsze otoczenie. [W 175]
Trzeci – cukiernik z Warszawy, ten umyślił sobie nie szukać pomocy ani u Boga, ani u ludzi. O praktykach kościelnych i mowy nie było, a wszelką z naszej strony, z kasy, ze składek wygnańczych złożonej, pomoc odrzucał. Zamieszkał sam i ze sprzedaży cukierków się utrzymywał. Lecz zapadł na chorobę, która groziła śmiercią i wymagała opieki. Bóg miłosierny zwrócił go wówczas na drogę poznania prawdy, Na kilka dni przed zgonem sam mi mówił: „Myślałem, że się obejdę bez Boga i bez ludzi, lecz nie tak się stało”. Przygotował się wzorowo do śmierci dzięki ojcowskiego starania ks. Szwermickiego i w pokoju z Bogiem, z ludźmi i ze sobą Bogu ducha oddał. [W 176]
Co do obojętności w praktykach religijnych, o których Droga Mama w liście swym wzmiankę robi, perswazja, rady i rozprawy nieraz jeszcze pogarszają stan rzeczy, jedyna taktyka w tym wypadku iść za przykładem Ś-ej Moniki, a sam Bóg resztę dokona. [L 102 – do rodziny; Irkuck, 08.1868]
Nie wiem, jak dziękować Opatrzności za Jej dary, szczególniej gdy widzę tyle nędzy, smutku, zwątpienia u innych, przypisuję to czuwanie Boże bardziej temu, że Bóg Was chce tą drogą pocieszyć. – Życie moje obiecuje być również spokojnym jak w Ussolu. [L 106 – do rodziny; Irkuck, 10.1868]
Wczoraj właśnie w gronie naszym obiadowym mowa była o wspomnieniach przeszłości i o tym, że szczęśliwie chwile przeszłości podnoszą jeszcze bardziej cierpienie teraźniejszości; dzisiaj, gdy czynię próbę tych wspomnień, śmiało mówię, że one są osłodą cierpienia, powiem nawet więcej, że w samym szczęściu jest pewna nieśmiertelność sięgająca promykami swoimi w daleką przyszłość i ją jeszcze swoją słodyczą karmiąca. [L 107 – do Marii Kalinowskiej; Irkuck, 11.1868]
Jaś [Świda] niedawno sprawiał przenosiny na nowe mieszkanie, na które nawet i panie nasze proszone były; mężczyźni jak zwykle siedli do kart, ledwo nas kilku było luzujących; gospodarz ciągle napędzał do bawienia pań, musiałem też i ja wywiązywać się z tego obowiązku; i nazajutrz Mitkiewicz już nazywać mię zaczął ex-biskupem, gdyż dotąd zawsze biskupią godnością mię zaszczycał. – Wypadki takiego bałamucenia się są bardzo rzadkie, wieczór najczęściej w domu schodzi. [L 107 – do Marii Kalinowskiej; Irkuck, 11.1868]
Jeżelibym miał wnioskować z twych ostatnich słów kilku, znalazłbym dawniejszą, hożą, wesołą Marynię – dzisiaj znudzoną panną. […] Podnosząc ten rąbek jaśniejszych chwil życia, nie będę dotykał ciemniejszej i za przykładem Kochanego Ojca nie odkryję odwrotnej strony medalu. – Potrzeb tu więcej niż im wystarczyć można. To słowo: potrzeba, daje mi punkt wyjścia do wystąpienia z prośbą do Ciebie, Maryniu moja droga: wezwij do pomocy Micię i uszyjcie mi kilka koszul nocnych z wiejskiego płótna. [L 107 – do Marii Kalinowskiej; Irkuck, 11.1868]
Jeżeli mam jednak wyznać szczerze, moje osobiste życie wcale mi nie cięży. Bóg mię obdarza spokojem duszy i jeżeli mam jakie cierpienia to Wasze, zapewne do czasu póki moje własne nie staną się znów Waszymi. Przed kilku dniami odebrałem list Karolka, w którym mi pisze o chorobie Kochanego Wiktora, a co najgorsza, że Wiktorek nie chce szukać rady lekarskiej; nie śmiem ja swoje perswazje o tysiąc wiorst przesyłać Ci, mój drogi bracie, jeżeli rady osób Cię otaczających odrzucasz. [L 108 – do Masi i Wiktora Kalinowskich; Irkuck, 12.1868]
Dzięki zacności towarzyskiego koła, w którym Bóg każe mi się obracać, a nade wszystko dzięki gorącemu uczuciu pobożności, którym tenże Pan obdarza, nieraz odtwarzam tu te wzruszenia jakiem doznawał w gronie rodziny, chociaż, szczerze mówiąc, są one zupełnie czyste tylko przy modlitwie, w świecie na widok czułości domowej serce mi nieraz zaboli, jakby chmurka zazdrości duszę zakryje, aż póki myśl przebijając się do nieba, do stóp Zbawiciela, do grona Świętych Pańskich, nie rozwieje tej mgły nadzieją kiedyś wspólnego szczęścia i nie utrzyma serca mego na wodzy. [L 108 – do Masi i Wiktora Kalinowskich; Irkuck, 12.1868]
Córeczki moje trochę w naukach postępują; jedna z nich kończy już 12 rok, druga 10-ty, gdy jednak są to moje pierworodne, więc jeszcze nie mam potrzebnego w ich prowadzeniu doświadczenia. Dlatego też prosiłem w jednym z moich przeszłych listów o przysłanie mi pełnego podręcznika nauk wykładanych w jednym z zakładów francuskich, klasztornych, rządowych lub prywatnym, ażebym mógł się obeznać z metodą, rozmiarem i całością nauk najwłaściwszych płci niewieściej, bo kierując się li-tylko własnym domysłem, mogę łatwo zbłądzić. [L 109 – do rodziny; Irkuck, 12.1868]
Pani Ludwika donosi mi o Buniaku [przyrodni brat Gabriel], uskarża się na lichą zapłatę, za którą Bunio pracy się podjął, gdy jednak to opowiadam towarzyszom moim wszyscy mu zazdroszczą i chętnie się zrzec gotowi chociażby znacznie większych dochodów w obczyźnie, dla oddychania powietrzem krajowym. Ja tym chętniej na to się piszę, że nawet nie bardzo czego i zrzec mi się wypadnie. [L 110 – do ojca; Irkuck, 01.1869]
Pierwszą myślą Pani Ludwiki będzie, że się żenię, w istocie Droga Pani niedaleko będzie prawdy. Jedni moi znajomi wyjeżdżają o dwa tysiące wiorst stąd nad Lenę do kopalni złota. Mają przy sobie sierotę [Marian Kwiatkowski] jeszcze z Kraju, lat piętnastu – żal mi było puszczać biedne dziecię tak daleko, prosiłem o pozwolenie zatrzymania dziecka u siebie, na co się zgodzono. […] Nie mogłem nie uczynić tego mając na widoku znakomite zdolności dziecka i całe niebezpieczeństwo moralne, jakie mu groziło w razie wyjazdu w tak odległe miejsca, gdzie żadna pomoc ani dla umysłu, ani dla serca nie mogłaby się znaleźć. [L 111 – do Ludwiki Młockiej; Irkuck, 02.1869]
Jak umiem trzymam serce na wodzy, do albumu nawet nie zajrzę, boję się daremnej pokusy; zresztą wracając do poważniejszej myśli, Panu Bogu już w niewolę siebie oddałem, tylko Panu Bogu widać nie bardzo moja służba potrzebna, czy też ja nie umiem do Niego trafić. Tak mało w myśli Bożej pracuję, raczej nic dla Boga nie robiąc a głównie dla siebie, bo i tam, gdzie by się zdawało, że dobrym uczynkiem chce zaświecić, już sobkostwo [samolubstwo, egoizm, egotyzm, egocentryzm] go zaczernia. [L 111 – do Ludwiki Młockiej; Irkuck, 02.1869]
Życie towarzyskie w kółku wygnańczym w Irkucku było umiarkowanie rozwinięte. Starano się zaopatrywać potrzebujących, zachowywano zwyczaje kościelne, pamiętano o Wielkanocy i o Willi Bożego Narodzenia, przez co w ogniskach oddzielnych rodzin gromadzili się bliżsi znajomi, utrzymywała się przez to i przez inne towarzyskie zabawy łączność wzajemna. Z trzech dzielnic: Korony, Litwy i Rusi, zesłani byli – z pierwszej zaledwie kilka osób, moc zaś z Litwy, a szczególniej z Rusi. […] Kościół bywał starannie nawiedzany. […] Zaprowadzone nabożeństwo majowe miło i chętnie było uczęszczane i starano się o odpowiednią ozdobę ku temu kaplicy. W ogóle, gdyby w istocie nie zostawało się na obczyźnie, wydawać by się nieraz mogło, że się znajdowano w Ojczyźnie. [W 177-179]
Póki w Kościele, tyle i wesela – później wszystko obojętne. [L 114 – do rodziny; Irkuck, 04.1869]
Z zamieszkałymi w Irkucku rodzinami sybirskimi lub urzędnikami chyba tylko lekarze mogli bliższą znajomość zachować. Reszta wygnańców tylko przez rodzaj pracy każdego znajomość zawierali. Co do mnie, zapoznałem się z profesorem matematyki Aleksandrem Orłowem, olbrzymich zdolnościach człowiekiem, […] z drugim też profesorem, nazwiska nie pamiętam, wykładał historię i miał u siebie uczniów gimnazjum na pensji, którym pomagałem w matematyce. Bardzo miły człowiek, ale jak sam, tak i żona jego wyemancypowani do ostatnich kresów, o mało co nie nihilizmu. [W 179-180]
Syn najstarszy [dr Józefa Łagowskiego], Michaś, miłe i dobre dziecko, póki doszedł lat wieku, w którym trzeba było go kształcić w zakładzie państwowym, chował się całkiem jak dziecko Kościoła św. […] Z prawosławiem, w towarzystwie współuczniów, powoli dawniej nabyte cechu niknęły. Po powrocie zaś z matką do Kijowa, w zakładzie czy internacie, nienawiścią przeciwko wszelkiemu co polskie, ex officio tam szerzoną, sam się przejął. Z tymi, dla których chował przedtem uczucia przywiązania i wdzięczności, zerwał. […] Było to przejście dla nas niezmiernie boleściwe, nie z powodu polskości, lecz na widom zwichnięcia się charakteru i zmarnowania tych darów, którymi Bóg Michasia wzbogacił oraz pięknych przymiotów, w pierwszych latach młodości nabytych. [W 181]
Apolinary, syn generała na służbie rosyjskiej, wychowany w wyznaniu protestanckim, wyższe nauki odebrał na uniwersytecie w Berlinie, gdzie nasłuchał się systematów różnobarwnych filozofów Niemców, od wszelkiej wiary odpadłych, a razem własnymi urojeniami upojonych. […] Życie Apolinarego nazwać można było ciągłym pasmem ofiary już z własnej osoby, już środków, jakie mu Bóg do rozporządzenia był udzielił. […] Daleko od swoich, prawie opuszczony od bliskich, widocznie Bóg chciał go widzieć takim, aby go wzbogacić skarbem nad wszystkie skarby, nad wszelkie stosunki rodzinne i towarzyskie, skarbem wiary św. Opatrzony sakramentami świętymi pożegnał ten padół płaczu i nędzy. Poszedł do tej Ojczyzny, z której nikt wygnać nie mocen i do grona wybranych Bożych, z którymi wiecznie chwalić Boga może. [W 183-186]
W ogóle tworzenie organizacji w warunkach, w których zostawała Litwa, gdzie lud, z małym wyjątkiem, nie wdawał się w powstanie, było nieszczęśliwym pomysłem. Moc osób do organizacji na różne urzęda wprowadzono, a najbardziej z klasy zamożniejszej. Rzeczywistego pożytku było mało, najmniejszy zaś objaw jakiej czynności z ich strony wystarczał do wysłuchania wyroku wygnania do Rosji lub na Sybir. Przez to Litwa, acz zaledwie z kilku małymi oddziałami quasi-zbrojnymi, przez które dawała oznaki czynnego na pozór wystąpienia, poniosła daleko większą klęskę aniżeli Korona i na wygnanie najlepszych złożyć synów w ofierze musiała bezpowrotnie. [W 184-185]
Dzisiaj na promie mieliśmy bardzo przykry widok, a raczej całą scenę: prowadzono do szpitala obłąkaną, aż do szaleństwa prawie, Cygankę, młodą dziewczynę, nie mówiąc już o okropnym widoku człowieka, w takim stanie, rozpasanie jej mowy, gwałtowność ruchów, miotanie się na innych, mieszanie imion Boga i Chrystusa z najobrzydliwszymi, z jakimi tylko chyba tu spotkać się można wyrazami – wszystkich obecnych przerażały; […] Wobec takiej nędzy i upadku natury człowieka, jakimiż te na pozór drobne dary, którymi Bóg nas zaopatruje, ten skromny pokoik, trzeźwość umysłu, ta możność modlitwy przed Bogiem na ołtarzu ukrytym – wydają się i są istotnie olbrzymimi dobrodziejstwami Bożymi! – Ta sama ciężka praca nieraz, po której nieraz zmęczenie do narzekań jest pobudką – jakże jest dobroczynną. [L 116 – do matki; Irkuck, 05.1869]
Jużem, zdaje mi się, pisał raz o tutejszym gimnazjum, że co do zarządu i wykładu jest najzupełniej zadowalające i niechybnie lepsze od współczesnych krajowych. Koleżeństwo tylko z młodzieżą rozmaitych usposobień i moralności zostawuje dużo do życzenia, a ta strona życia młodzieży bodaj największą gra rolę w życiu jej późniejszym. [L 116 – do matki; Irkuck, 05.1869]
Co do usposobienia mego chłopaka [Marian Kwiatkowski], o tym trudno pisać, bo tak się ono jeszcze nie ustaliło. Zdolności nie brak, ale nie ma bodźca do nauki. W tutejszych warunkach nauka niezbyt popłaca, stanowisko się zdobywa w świecie nie zawsze uczciwie, nie widać naokoło przykładów pożytku nauki i moralności, te ostatnie bardziej jeszcze służą do straty bardziej pomyślnych warunków materialnych. Ideałem więc tu jest chyba kupiec albo poszukiwacz złota, pokusa zatem materializmu wielka; to łatwo może zwichnąć najlepsze usposobienie. – Ale niech Bóg kieruje sercami ludzkimi. [L 117 – do Ludwiki Młockiej; Irkuck, 06.1869]
Dzisiaj tylko mogę ocenić, ile trwogi i troskliwości kosztują dzieci rodziców, kiedy mię obce dziecko [Marian Kwiatkowski] tak obchodzi. Pędź do nauki, chroń od upadku, usuwaj zgorszenia, wymyślaj zabawy, cała nieskończoność drobnych zabiegów i starań. – Ale jakże późno przychodzi to zrozumienie wdzięczności za kłopoty i zgryzoty, których dzieci przyczyną są rodzicom. – Bijąc się w piersi, dzisiaj wyznać muszę, że jeszcze niedawno przyszedłem do przekonania, że to co mam w sobie dobrego, to głównie z domu wyniosłem, że istotnym skarbem jest dobre wychowanie domowe. Jeszcze tak niedawno pycha mówiła co innego, dzisiaj korzę się przed prawdą. [L 118 – do rodziny; Irkuck, 06.1869]
Czytając kiedyś z Panią Karoliną i Mamą Więzienia Silivia Pellica uderzył mię wyraz: „urodzony w szczęśliwej mierności”; mógłbym to zastosować do obecnego mego położenia. Bóg mię tu właśnie obdarza tą miernością i pracy, i dostatku, a nawet i zdrowia. Jestem tu szczęśliwym o tyle, o ile można tu, w naszych warunkach używać szczęścia. Ale czy to sybirskie szczęście wystarcza, niech to sama Pani Karolina w sercu swym dopowie. Zacząłem zapominać pragnąć czegokolwiek bądź, ale do zaparcia się samego siebie jeszczem nie doszedł. [L 119 – do Karoliny Rychlewiczowej; Irkuck, 07.1869]
Powoli lepsi znajomi zaczynają ruszać z Irkucka. Aleksandrowie wyjechali w przeszłą niedzielę. Bronisławowie też prawdopodobnie wkrótce wyruszą. – W prawdzie nie często się widuję z nimi i rzadkom mógł zaglądać do Aleksandra, ale dobrzy ludzie są podobni do czystego powietrza, oddycha się nim, chociaż się go nie widzi. [L 120 – do rodziny; Irkuck, 08.1869]
Tęsknię trochę, już jesień zupełna; zima bliska zakuje nas znowu w swoje lodowate więzy, z zewnątrz też mniej niż kiedy bądź pociechy, Bóg tylko ratuje Wiarą w Opatrzność, a wczorajsza Ewangelia o szukaniu przede wszystkich Królestwa Bożego [Mt 6,33], pobudzając do wejścia na tę drogę, natchnęła jednocześnie pokojem i nadzieją wobec ciężaru otaczających nas okoliczności. [L 121 – do rodziny; Irkuck, 09.1869]