LUTY
Rok B
Uciążliwy jest stan przejściowy, szczególniej kiedy trzeba się oglądać na wydatek i na roztropne użycie czasu. Umiejętne spożytkowanie tego ostatniego szczęśliwie by się odbiło i na praktyczną stronę życia, ale taka słabość człowieka, że rozproszenie górę nad nim bierze i dnie upływają bez poważniejszego skupienia się. Te trzy tygodnie upłynęły jak dzień jeden, a trudno w nich odszukać dodatniej strony. Kolana bodaj najwięcej pracowały; niech Bogu będą dzięki i za to, że pozwala siebie chwalić, z darów w Kościele złożonych korzystać i ciężary u stóp Krzyża składać. Stąd wynoszę stateczność w wirze miastowym, swobodę w stosunkach towarzyskich, wesołość myśli przez zapatrywanie się w wieczność. [L 272 – do ojca; Warszawa, 05.1874]
Powtarzam Ci słowa, które dzisiaj słyszałem przy konfesjonale. – Marynieczko moja droga, ja wracam zawsze do jednego, jeżeli chcesz pokoju duszy i marzysz o zdobyciu go w pracy – szukaj tej, która by się oparła bezpośrednio na Bogu: otwarta Ci droga, którą ci Michalina wskazuje. Rzeczywiście wstydzić się nam wypada, niby wykształconym, tej mądrości w życiu, jaką mają osoby bez wychowania, wątłe, ale całą swą mądrość opierające na miłości Boga i poważnej miłości bliźniego. – Nie żałowałbym Ciebie, chociaż byś miała upaść w tej pracy, bo poszłabyś do nieba! Drżałbym zawsze o Ciebie, chociażbyś najświetniejszą zdobyła posadę! […] rozczarowałaś się, gdy zamiast praktycznego wyjścia znowu spotkałaś się z radą duchowną. – W dzisiejszym kazaniu ks. Borzewskiego znajdę Ci na to odpowiedź: „Jeżeli (słowa kaznodziei) w rozmowie, w której wprowadzamy, jakby osobę trzecią – Boga, słuchający przykrzy sobie, jest to dowodem, że ta osoba trzecia – Bóg, jest jakby natrętem, do którego żadnego interesu nie mamy i że usposobienie to nasze, choć niewinne i czyste, ale jest tylko ludzkie, przyrodzone, szukające rzeczy dobrych i godziwych w sobie, ale szukające ich jakby zewnątrz Boga”. To usposobienie dobrze mi jest znane i nieraz przeze mnie doświadczane i – po głębszym rozpatrzeniu – w każdym podobnym wypadku odszukałbym w duszy tę właśnie obojętność do Boga, którą kaznodzieja miał na myśli. [L 273 – do Marii Kalinowskiej; Warszawa, 05.1874]
Niechcący i pośrednio tylko stałem się pobudką wylania się żalu Mamy do ludzi, najlepiej dla mnie usposobionych i na ten żal nie zasługujących. Zajęcie, które mi proponują jest to kierownictwo młodzieńca lat 16 [August Czartoryski], podołać temu najlepiej uzdolniony młody człowiek nie może, po doświadczeniu, przez jakie Bogu podobało się przeprowadzić mnie, jednak z pewnym niepokojem tę pracę na się biorę, wiedząc już dokładnie z praktyki, jaka trudna jest walka z wolą, chociażby dziecka. – Zapewne też i rodzice młodzieńca, świadomi tej trudności, szukają doświadczonego umysłu i o ile wiem z korespondencji głównie wytrawności i wyraźnych zasad religijnych szukają, nie goniąc bynajmniej za wysoką nauką; dla tej ostatniej znajdą się zasoby w akademiach Paryża i Krakowa. – Otóż, jeżeli mianowicie mnie życzą sobie, to temu sama Mateczka winna, nie kto inny, rozumie się, po Bogu. Bo przywiązanie do Kościoła mam od Niej; gdyż de facto, Mama mię wprowadziła do Kościoła, do duszy jego; więc broń przeciwko sobie obrócić proszę i ludziom należny wzgląd wrócić. – Przy kolei nadwiślańskiej obiecują mi tu w Warszawie odszukać zajęcie, ale to by mię oderwało od przewodniczącej myśli kształcenia umysłu i wszelkich władz duszy w kierunku raz obranym i w którym rad bym wytrwać, jeżeli nie można na własnej ziemi, to chociażby na innej, aby tylko bożej. – Radziłem się doświadczonego i nie dającego się łatwo łudzić spowiednika; ten mię w tym zamiarze utrwalił. [L 274 – do matki; Warszawa, 05.1874]
Już powoli to mię zaczyna niecierpliwić i drażnić; przypuszczając jednak we wszystkich wypadkach nie od naszej woli zależnych – wolę bożą, uspokajać się staram tym, że i ta niespodziewana zwłoka musi być dla mnie pożyteczną. Jeżelibym trochę praktyczniej umiał pilnować interesu, może bym już i wydobył paszport, ale bardziej niezręcznego ode mnie w interesach bodaj nie ma; […] Z pewnym przerażeniem myślę o tych podróżach, jakie mam odbyć w przyszłości, jak o tym mi piszą z zagranicy. Zimą zaś mamy mieszkać w Rzymie, boję się jednak, żeby się nie skończyło wszystko na Warszawie, bo i tak dziwię się cierpliwości wyczekiwania mnie już rok cały, jakby kogoś nadzwyczajnego. [L 277 – do ojca; Warszawa, 06.1874]
Naginam się do zasady „nic nad to, co niezbędne i odpowiada środkom”, przynajmniej w zwyczajnym porządku życia. […] Wszak każdy krok nasz w życiu powinien być, o ile nam nasze własne siły słabe starczą, obliczonym tym sposobem, żeby nas do Pana Boga zbliżał przez nasze własne udoskonalenie się i przysporzenie choć odrobiny szczęścia innym; jeżeli więc jaka wątpliwość się znajduje pod tym względem, to lepiej się i wstrzymać od niego. [L 272 – do ojca i L 278 – do rodziny; Warszawa, 05-07.1874]
Gotowyś się cieszyć ze mnie z tej podróży i przedłużonego pobytu na Zachodzie, ja zaś, acz już niecierpliwie wypatruję chwili wyjazdu, chcąc wydobyć się z nieczynności – z drugiej jednak strony nie mogę się obronić od wrażenia smutku na myśl o nowym rozproszeniu władz mego umysłu i serca, które oba wolałbym złożyć w kraju u stóp Ołtarza w klasztorze. Jakkolwiek bądź, wyjechać postanowiłem i chętnie będę pracował, chociażem przez te dwa lata ostatnio bardzo zniedołężniał i jestem au spirituel i au matériel [w sprawach duchowych i materialnych] w minusach. Trwoży też mnie zbyt dobra o mnie rekomendacja, spodziewają się bodaj rodzice młodziana, że ja, jak Cezar, veniam, videbo et vincam [przybędę, zobaczę i zwyciężę]; ze wspólnego zaś doświadczenia z Tobą wiemy, że wola dziecka – to potęga, która nie zawsze daje się zwalczyć. – Ale już jestem in aëris [w obłokach], więc wracam na bruk warszawski. [L 281 – do Feliksa Zienkowicza; Warszawa, 08.1874]
Nauczyciele są niezmiernie poszukiwani i dobrze płatni, jeżelibyś chciał siebie zmarnotrawić w tym zawodzie, to od razu znajdziesz tu zajęcie. Wacław chce Ciebie namówić, żebyś tu założył pensję. Ja jestem w zasadzie przeciwnym temu, mając Ciebie za znakomitego pedagoga, ale do czasu aż przejrzysz na światło Chrystusa, za niezdolnego do wychowania młodzieży, a nawet za szkodliwego, bo nie jesteś w stanie ująć całości potrzeb duszy ludzkiej. Doczekałeś się na koniec ode mnie un coup d'ami [przyjacielskiej nagany]! – Piszę śmiało, bo wiem, że umiesz odróżniać szczerą przyjaźń od względów przyjacielskich. – Wiesz, mój drogi, jak bym rad Ciebie pozyskał dla Ciebie samego, dla ludzi i Boga. – Dzisiaj nie należysz do siebie, ta zaś praca twoja, ta sumienność w rozwoju przyrodzonych twych zdolności i wydobywaniu z nich wszelkich zasobów, odpowiednich do warunków w jakich pozostajesz – oby Ci utorowała drogę do łaski bożej i do ogniska, do którego należysz – do Kościoła Ś-go. [L 281 – do Feliksa Zienkowicza; Warszawa, 08.1874]
Nie mogę dostatecznie ocenić uczucia, jakie podyktowało ostatni list Drogiej Mamy, bardzo byłem nim poruszony; proszę wierzyć, że wyjeżdżam z niemałym ciężarem na sercu, ale cofać się obecnie nie widzę możności. […] Jeżeli wyjadę jutro wieczorem, zatrzymam się cały poniedziałek rano w Częstochowie, skąd wieczorem pociągiem wyjadę do Krakowa; w poniedziałek też w nim stanę. – Proszę Was, Najdrożsi Rodzice, wesołe listy pisywać, doprawdy nie ma pobudek do smutku; doświadczamy wprawdzie niemało przeciwności, ale gdy dusza wolna od grzechu śmiertelnego i w jedności z Bogiem pragnie tylko dobra, to i z tych przeciwności korzystać winna. Polecam się Waszemu błogosławieństwu, Waszym modlitwom, Waszej pamięci, smutno, że rąk Waszych dzisiaj ucałować nie mogę, niech Bóg łaskawy i na tę naszą boleść wejrzy. Kochający syn Józef. [L 284 – do rodziny; Warszawa, 08.1874]
Tobie zaś osobiście mam to do dodania, a raczej do powtórzenia, dzisiaj już może lepiej mnie zrozumiesz, aniżeli przed rokiem albo nawet przed miesiącem rozumiał, że cała nasza siła w Bogu, że my wszyscy wykształceni i wypielęgnowani w Kościele Ś-tym mamy obowiązek służenia Mu i pociągania innych bardziej zaniedbanych do prawdy i źródła łask bożych w Kościele szafowanych. Na Twoją dolę wypadło dotknąć się życiem do ludzi mniejszego niż Ty wykształcenia, masz więc bezpośredni obowiązek przyświecania im własnym przykładem, nie tylko w życiu towarzyskich i służbowych stosunków, co święcie wykonywasz, ale też w życiu religijnym. Powtarzaj często spowiedź ś-ą; znajdziesz w tej praktyce prawidło do uporządkowania wszystkich szczegółów twego życia. A ile jeszcze do uporządkowania! Kościół tak blisko, z niego jakby sam Bóg na Ciebie patrzał i Ciebie pociągał, nie marnuj tych łask, a mnie za natręctwo wybacz. Niech Ci zapłaci za Twe serce i gościnność Ten, który możny jest, a ja nędzarz i ubogi. [L 285 – do Gabriela Kalinowskiego; Warszawa, 09.1874]
Porzucałem Warszawę, niemało czując się znużonym w części i na duszy, a też i fizycznie. Niemało się ku temu przyczyniać musiała sama niepewność przyszłości w którą się rzucałem. Wówczas ranił mnie zamiar brata mego Gabriela wstąpienia w związek małżeński z panienką jedną, której się był już w tej myśli oświadczył i wzajemność otrzymał. […] Nie wiedziałem wtedy, iż jest protestantką. Miała bowiem wszystkie cechy osoby w naszej św. wierze chowanej. Dowiedziałem się o tym zaledwie na parę tygodni przed odjazdem i najczarniejsze losy przyszłe tego mającego się utworzyć nowego domowego ogniska stawiły mi się w wyobraźni. Opatrzność Boska jednak w miłosierdziu swoim sprawiła nawrócenie jej do św. wiary katolickiej; wykonało się to bez żadnego przymusu, z własnego popędu, z którym i dawniej się nosiła. […] Umiała zachować stanowisko w rodzinnym ognisku w prawdziwym duchu chrześcijańskim jako żona i pani domu, a jako matka czworga dziatek wszelkie starania dokładała i dzisiaj dokłada, aby je utrwalić na podstawie wiary i wlać do duszy miłość cnotliwego życia. [W 203]
Rozćwiartkowany na duszy wyruszyłem do Krakowa; przejeżdżając przez Częstochowę w oktawę święta Narodzenia N. Marii Panny. Dnia 15 września, blisko przez dzień jeden wypadło mi tam zabawić. […] wyruszyłem dalej i po odbytej na granicy rewizji paszportowej dobiłem do Krakowa jako czasowego mego przystanku. […] Wypadło mi być w Woli Justowskiej u księżny Marceliny Czartoryskiej, gdzie byli także księstwo Marcelowie. Nie powiem, abym się nie czuł trochę, jak mówią na Litwie, żenowany, wobec uprzejmości jednak i łatwego obejścia się gospodarzy i otoczenia utrudzenia szczególnegom nie doznał. Najtrudniejszy węzeł do rozwiązania były kubki z pachnącą wodą, podawaną przy stole po śniadaniu, do płukania ust. Było dla mnie zagadką, co z tym począć. Zostawiłem wodę nietkniętą. Podaje te drobiazgi, nie mając w pamięci nic ważniejszego. Nadmienić tylko a priori mogę, że księżnie Marcelinie w kilka lat później zawdzięczam podanie mi myśli do wstąpienia do Karmelu. [W 203-205]
Znajomych tu znajdę niemało; nie powiem, żebym miał wstręt do ludzkiego towarzystwa, ale z innej strony uważam, że liczne stosunki i częste podróże nie sprzyjają skupieniu myśli i pracy. Może jest to skutkiem wrażliwości natury mojej, ale leży też to i w samej naturze rzeczy i dlatego rad bym się już ustalić gdzie na miejscu, chociaż bodaj nieprędko do tego przyjdzie. – Widocznie, że i włóczędzy mają swoją rolę do odegrania na świecie. […] Widziałem Sukiennice, wieżę dawną ratuszową, ale powiem szczerze, od czasu, jak wierzę w Jezusa Chrystusa obecnego w Przenajświętszym Sakramencie, istota moja cała w stronę, gdzie jest wielki Ołtarz, skupiona; nawet w Częstochowie, oko moje powierzchownie tylko ślizgało się po pamiątkach, cóż mówić o innych przedmiotach. [L 286 – do rodziny; Kraków, 09.1874]
Na koniec nadszedł czas wyjazdu do Sieniawy. […] Bawił tylko sam książę z młodym księciem Augustem. Gucio przezywanym. Księżnej nie było. Nie znalazłem najmniejszego wyrazu cudzoziemszczyzny. Służba składała się bodaj z jednego a najwięcej z dwóch służących. […] Spostrzegać się dawała tylko w nim pewna podejrzliwość, czemu się dziwić nie mogłem. Przyjeżdżałem z zupełnie odmiennych sfer życia i samo przez się mogli mi się przypatrywać na razie nie inaczej jako na okaz obcy. Wszak miano mi polecić opiekę nad wnukiem królowej, synem rodziny polskiej do pierwszorzędnej się liczącej, pasierbem wnuczki króla Francji, gdyż taką była księżna Małgorzata. […] Ja, jak zazwyczaj, chowałem milczenie. O tym, co się działo na Wschodzie, skąd wracałem, nie pytano. Samemu z tym wyrywać się nie było po co. Rzeczy zaś narodowych nie bardzom był świadom. Zresztą do krasomówstwa nigdym daru nie posiadał. [W 205-207]
Pracy z młodzieńcem, którego wypadnie mi raczej być towarzyszem, aniżeli nauczycielem, jeszczem nie zaczął. Słabe i wątłe jego zdrowie nie pozwoli też zadawać mu przymusu. Znalazłem jednak umysł rozwinięty i tło charakteru dobre i prawe. Do zupełnego rozpatrzenia się w szczegółach potrzeba jeszcze czasu i zaaklimatyzowania się w tej sferze, w której wypadło mi pracować, dzisiaj więc mam się za obcego i może sam potrzebuję więcej niż mój młodzian pewnej około mnie czujności, jak drzewo przesadzone na inny grunt i pod innym niebem z początku jest pielęgnowane, tylko po umocnieniu się w gruncie zaczyna osłaniać ludzi swym cieniem. – Nadto tęsknię trochę i gotówem był może pożałować, żem się nie ujął innej pracy, jeżeliby usunięcie się od mojego obecnego trudnego zadania, a szukanie bardziej dogadzającego osobistym potrzebom, nie miało cechy gnuśności i szukania raczej swoich wygódek. – Polecam się więc Opatrzności i w Niej tylko, a nie we własnych siłach ufność pokładam. Przygotowując serce do mężnego spotkania wszelkich następstw; bo któż może przewidzieć, czy moja praca będzie miała pożądany skutek? [L 287 – do rodziny; Sieniawa, 09.1874]
Trochę przerabialiśmy matematykę. Widziałem jednak znużenie w tej pracy Gucia (tak będę go odtąd nazywał). Pokoik, w którym sypiał, wydawał mi się niezdrowym. Szczerze wyznać muszę, sam również znużenia odczuwałem i trzeba było szczególnego poparcia łaski Bożej, abym się nie usunął od warunków, które ciążyły w czasie tego, acz krótkiego, niby wakacyjnego wypoczynku Gucia i żem nie pożegnał domu książęcego. Do tego znacznie się przyczyniało bardzo już to przypuszczenie, oparte na słusznej podstawie, żem księciu Władysławowi nie przypadał na rękę. Książę musiał przypuszczać we mnie bardziej odpowiednią znajomość tych rzeczy , do których miał upodobanie i widział dla syna pożytek. Tego nie znalazł we mnie i aczkolwiek wyraźnie niechęci nie okazywał, gdyż zbyt był szlachetny, łatwom się tego domyślać mógł. Zresztą samem dobrze rozumiał nieudolność własną do przeprowadzenia naukowego wykształcenia młodego, jak spostrzegać się zdawało, bardzo uzdolnionego i nad wiek rozwiniętego umysłowo i krytycznie księcia. […] Myśl jednak w duszy nie dawała mi spokoju, aby zostać tam, gdzie jestem, nie zważając na doświadczane cierpienia.[W 207-208]
Z nadejściem jesieni nastąpił wyjazd do Paryża przez Kraków, gdzie spotkaliśmy brata hr. Stanisława, hr. Tadeusza Grocholskiego. Zamiłowanego w malarstwie. Narobił mi trochę biedy, pociągając Gucia do cyrku. Niepodobno było sprzeciwiać się naleganiom hrabiego Tadeusza, który w najlepszej wierze wymagał zezwolenia; z boleścią je udzieliłem i sam hrabia Tadeusz, przypuszczam, pożałować tego musiał, gdy się przeświadczył o plugastwie tych przedstawień. W Krakowie, w tym Rzymie polskim, nie chowano tej przyzwoitości, jaką zachowywano w syberyjskim Irkucku, gdzie w przypadkowo tam przybyłym konnym cyrku nic się nie widziało nieprzyzwoitego.[…] gdy do tego ostatniego miasta tj. Irkucka cyrk przybył i ogłosił siebie przez afisze, archijerej irkucki wydał pismo, zabraniające uczęszczać doń, przypadał bowiem wtedy post wielki. W swym piśmie gromił nadużycie obierania stworzenia na próżną zabawę ludu. [W 208-209]
Otóż po tej niefortunnej próbie rozrywki światowej wyruszyliśmy przez Wiedeń do Paryża. Parę dni zatrzymaliśmy się w Wiedniu, zwiedzaliśmy burg cesarski i zdaje się nic więcej. Pod wieczór braliśmy udział w nabożeństwie przed Przenajświętszym Sakramentem, odbywanym codziennie w katedrze św. Szczepana. Budowała nas pobożność, z jaką wszytko było prowadzone, a piękność śpiewu wiernych w podziw wprawiała. Nie udało się nam dobić się do pokoiku zajmowanego niegdyś przez św. Stanisława Kostkę, zamienionego na kaplicę. […] w Hotelu Lambert powitała nas księżna Małgorzata z bardzo ujmującą uprzejmością i zaraz podano nam wieczerzę, a raczej obiad. […] Przypuszczalnie ja sam musiałem być więcej przedmiotem ciekawości jako nowy okaz na widnokręgu rodzinnym tamecznego domowego ogniska. Zaaklimatyzowanie się jednak było niezmiernie łatwe. Tryb życia był bardziej klasztorny niż świecki i książęcy. Księżna nie chowała żadnych towarzyskich stosunków ze światem, chyba tylko o ile konieczność nieuchronna tego mogła wymagać. [W 209-210]
Gabriel pisał mi o zamiarze Rodziców przeniesienia się z Hrozowa do Rygi. Straciłem już miarę co dobre, a co złe w życiu, tak wiele zależy od naszego wewnętrznego usposobienia, więc sam nie wiem, jak sądzić o tej nowej zmianie. – Dlatego też i na zapytanie Drogiej Pani o miejscu i ludziach i jak mi tu jest, nie potrafię dokładnie odpowiedzieć. Jak zwyczajnie w życiu ludzkim dobre zaprawione złem. Ale będąc już z góry przygotowanym do trudności zawodu i położenia, nic nowego nie spotkałem, a mam obszerne pole do ćwiczenia się w cnocie pokory i cierpliwości. [L 288 – do Ludwiki Młockiej; Dybków, 10.1874]
Gucio odznaczał się szlachetnością charakteru i nigdy nie pozwalał sobie szukać pomocy. Przy tym był pobożny, a pobożny w prostocie serca. Cudzoziemszczyzny się nie chwytał. Uwydatniało się w nim przywiązanie do kraju i do rzeczy ojczystych, chociaż bynajmniej nie podzielał popędu księcia Władysława do nabywania starożytnych pamiątek, do czego książę był do zbytku skłonny i w tym zamiłowany jako biegły znawca. To usposobienie Gucia przypisać należy nasamprzód rodzinnemu ognisku, które tchnęło przywiązaniem do Kościoła, prawdziwą pobożnością i razem miłością rzeczy ojczystych. Nadto niemało wpływać musiała na niego pod tym względem przyjaciółka jego śp. matki, księżna Witoldowa Czartoryska, urodzona hrabianka Grocholska, po owdowieniu zakonnica, karmelitanka bosa pod imieniem Marii Ksawery od P. Jezusa, obecnie (r. 1904) przełożona w klasztorze Karmelitanek Bosych na ulicy Łobzowskiej w Krakowie. [W 212]
Mieliśmy tę wygodę, iż Hotel Lambert położony był na wyspie utworzonej przez Sekwanę, zwaną Wyspą Św. Ludwika, i kościół parafialny St. Louis bliziutko był od nas. […] Mogłem bywać co dzień na Mszy św. przed 6 rano, spowiadać się raz lub dwa razy w tygodniu i przystępować co dzień do komunii św. Wieczorem około 5 w kaplicy, gdzie był chowany Pan Jezus, litania do Matki Boskiej, odmawiana przy wystawieniu Sanctissimum, i krótka nauka, chociaż niekiedy zaledwie parę staruszek tylko było obecnych. W niedzielę jednak i święta kościół od samego rana był przepełniony; […] Żadna cecha gallikanizmu nie objawiała się w naukach i kazaniach, przeciwnie, do jedności z Rzymem wyraźnie się zwracano i z kazalnicy zalecano tę jedność wiernych. Rzadko się nawiedzało inne kościoły, chyba tylko, gdy w nich odbywało się 40-godzinne nabożeństwo. Czasami w katedrze Notre-Dame, w czasie większych uroczystości. [W 214-215]
Piszę o tym z zupełną szczerością, gdyż to jest głos nie tylko mego rozsądku, ale nawet mego sumienia, żeby kiedyś nie powiedziano mi: Quid tacuisti [Dlaczego milczałeś]? [L 291 – do Władysława Czartoryskiego; Paryż, 11.1874]
W Paryżu znowu doświadczam pewnych nerwowych wstrząśnień i jakiegoś nie dającego się ująć niepokoju w organizmie. Grzeszna to myśl wzdychać do grobu tylko dlatego, że tam spodziewany spokój się znajdzie. Święci lepiej cierpienia rozumieli, kiedy wołali „albo cierpieć, albo umrzeć!” [maksyma św. Teresy z Avila] – Kiedyś myślałem, że łatwo być świętym, dzisiaj widzę, jak dalece nie rozumiałem życia pobożnego i że cała zasada tego życia w umartwieniu. – Ale zatrzymuję się, żeby nie trafić na cały ustęp teologiczny, chociaż tak miło upromienić rozmowę czy pismo słodkim imieniem Jezusa. [L 291 – do Jakuba Gieysztora; Paryż, 11.1874]
Zresztą zdrowie mnie służy; wprawdzie wygodnie sypiam, smacznie jem, mało pracuję – osiołek zadowolony – ale dla duszy tęsknota, jakiej chybam nigdy nie doświadczał i brak przyjaciela. – Widocznie Bóg pragnie, aby On sam mi wystarczał! – Deus meus et omnia mea [Bóg mój i wszystko moje]. [L 295 – do ojca; Paryż, 12.1874]
Zaiste trudnym, i goryczy pełnym, kiedy tak niemocni jesteśmy wobec własnej woli, a cóż wobec woli innej, którą kierować musimy, myśląc, radząc, czując, jednym słowem żyjąc jakby w dwóch istotach, z ciągłym prawie zawodem serca, z nieustanną bojaźnią odpowiedzialności. – Szczerze Ci mówię, że ile razy wypadało mi czuwać nad powierzonym mi dzieckiem, zostawałem tyle razy i w nocy i we dnie w strachu, i jeżelibym nie miał pomocy sakramentów Ś-ych, skończyłbym albo zaniedbaniem się w obowiązku, albo bym się cofnął wobec trudności i pewnej nieokreśloności zadania. […] Wczora właśnie trafiłem na kazanie misjonarza, który po kilku latach misji odbytej w Indii, wrócił do Francji i opowiadał o pracach apostolskich między poganami, o trudnościach i słodyczach tego apostolstwa. – Zdawało mi się, żem słyszał jakby głos wymawiający nam, pracującym, nie powiem dla zysku wyłącznie, ale obojętnie i wygodnie, z komfortem, z ustami jakby zawartymi w Imię Jezus, zaprzedanym ludziom i bez przewodniczącej myśli szerzenia prawdy Chrystusa, chociaż rozumiemy, że ta prawda jest skarbem nad skarby. Radziśmy z niego korzystać, a udzielamy go innym, chyba z przypadku. [L 296 – do ojca; Paryż, 01.1875]
Gorzko nieraz mi się robi, kiedy wspomnę na te zmiany losu i stosunków naszych pod wpływem czasu i okoliczności. – Cisza usolska skromna wówczas praca, mały zakres czynności na zewnątrz, węzeł przyjaźni, który nas kilku jakby w bractwo wiązał – dawały ten spokój i zadowolenie wewnętrzne, jakich odtąd bodaj ani razu nie doznawałem. – Dzisiaj jakże rzeczy swą postać zmieniły: Ty, mój biedny, musisz stawić czoło nawałom interesów i wyobrażam jaki ciężar Cię przygniata; obyś miał przynajmniej obok siebie serca przyjazne i nie kłamliwe, rącze, kiedy trzeba pocieszyć, szczere i śmiałe kiedy trzeba, chociażby gorzką prawdę powiedzieć. Ja znowu muszę służyć ludziom, bez godziny i myśli dla siebie, bardziej niewolny w pałacach paryskich, niż w kajdanach w koszarach usolskich. Bez przyjaciela obok siebie, bez innej przyjaźni, oprócz przyjaźni Zbawiciela, i innej pociechy, oprócz pociechy w Sakramentach Ś-ych! To też mój jedyny ratunek. […] Moje tu życie twarde, z nieustanną czujnością połączone; ale dzisiaj wiem już z wiary, że choć ciało sarka, i dusza upokorzyć się nie chce, ale stan cierpienia Bogu jest miłym, jest nawet jakby darem Bożym; obyśmy też nasze ciężary cierpliwie i w radości znosili! Módlmy się wzajemnie jedni za drugich, o to poddanie się woli boskiej żebrząc.[L 297 – do Kazimierza Laudyna; Paryż, 01.1875]
Przyglądając się z bliska większym i mniejszym zakresom życia ludzkiego i czynnościom osób pojedynczych, śmiało rzecz mogę, że łudzimy się tylko, kiedy mówimy o świetności tytułowanego towarzystwa: Dieu apporte partout ses grandeurs, et l'homme ses misères [Bóg udziela wszystkim swojej wielkości, a człowiek swojej nędzy]. [L 298 – do Wiktora i Masi Kalinowskich; Paryż, 01.1875]
Koło, w którym zostaję, dotyka się niezmiernie powierzchownie do towarzystwa; sama księżna niezdrowa, mąż oddany stosunkom za domem, rodzinnego życia, w tym znaczeniu, jak my to rozumiemy, tu nie ma, i to jest niezmierna trudność mego położenia i mego zadania, wobec dorastającego młodzieńca, zostającego prawie bez towarzystwa, chyba nauczycieli, kilku osób domu przy śniadaniu i obiedzie, i mojej osoby, prawie nieodstępnej. Już mniejsza o mnie, ale cel wychowania, przy takich warunkach, łatwo może być chybiony. Otóż i moja boleść, codzienna, cochwilowa i głęboko mię nękająca. Ale dosyć o tym. [L 299 – do Jakuba Gieysztora; Paryż, 01.1875]
Dzisiaj zaś muszę jednak wyznać Pani Ludwice, że oddawanie czci Panu Jezusowi w Sakramencie Ołtarza było i jest dla mnie źródłem cierpliwości, wytrwałości, ratunku, pociechy, jest dosłownie źródłem życia, fons vitae; bez tej tajemnicy miłości Zbawiciela, zostawionej nam w Kościele, już by dawno było po mnie. – Oby też dobry Jezus pozwolił nam nieustannie z tego źródła czerpać! Odwiedzając P. Jezusa proszę o tę intencję i za mnie grzesznego westchnąć. [L 301 – do Ludwiki Młockiej; Paryż, 01.1875]
W ogóle Kraków i krakowianie dodatnie robią wrażenie; ci ostatni wprawdzie są trochę réservés [ostrożni, powściągliwi], ale pełni życia i poważniejszego kierunku. – Postępowi nazywają go grobem, ale ten grób więcej wart aniżeli trawiąca gorączka tak zwanego postępu, nie zakładającego sobie żadnego wyraźnego celu, dla którego objawem życia jest tylko ruch i wir, materialna potrzeba chwili, a dalej nic. [L 303 – do Feliksa Zienkowicza; Paryż, 02.1875]