MAJ
Rok B
Położenie moje obecne tak rozumiem: w powołaniu kapłana widziałbym najwięcej pożytku dla siebie i dla bliźnich. Czy Łaska Boska do tego mię usposobi i do pracy kapłańskiej kiedyś mię powoła – Bogu jednemu to wiadomo. Dzisiaj stosuję się do mego położenia, nie zapominając jednak o przyszłości – wszak Bóg jest mocen wyzwolić mię z teraźniejszych warunków, nie chciałbym, żeby mię wtedy znalazł nieprzygotowanym i „dom” – jak się Apostoł wyraża – „nie opróżnionym” [por. Mt 12,44]. [L 74 – do Ludwiki Młockiej; Usole, 10/09.1865]
Ale dosyć już o duchowości, wróćmy na ziemię. – Winienem podziękować Pani za Jej przyjazne uczucia dla mojej rodziny; ucieszyłem się bardzo wiadomością, że komunikujecie z sobą bezpośrednio. Dziękuję również za pamięć i współczucie dla mnie, chociaż zaprawdę nie bardzom na to zasłużył. Wyobrażacie nasz los bliskim męczeństwa, muszę jednak rozczarować Was: nie tak straszny Sybir, jak go malują. Nie po różach wprawdzie tu chodzimy, ale ostatecznie źle nie jest. [L 74 – do Ludwiki Młockiej; Usole, 10/09.1865]
Jedno co tu najbardziej dokucza, to brak odpowiedniego zajęcia. Radzimy sobie w tym jak umiemy i jak możemy. – Książki, których mamy poddostatek są tu wielka pomocą. Wszyscy nieżonaci mieszkamy w koszarach wspólnych, każdy ma swoje łóżko, przy nim stolik. Wieczorem, kiedy wszyscy się zbiorą, sala ma widok nie koszar, ale sali zakładu naukowego: przy stolikach, przy świecach zapalonych tu słychać słowa francuskie, angielskie, rachunki, tam malują, tam znów wykrzykniki przy szachach, w kółkach opowiadania wypraw wojennych (w tym celują Koroniarze). Kilka osób chodzących w zamyśleniu, czasem westchnienia! [L 74 – do Ludwiki Młockiej; Usole, 10/09.1865]
Przechadzkę mamy śliczna po wsypie, za obręb której ja bardo rzadko wyglądam. – Żonaci – a jest teraz w Ussolu do dwudziestu rodzin, mieszkają w miasteczku, na tak zwanych wolnych kwaterach; kto zamożniejszy kupuje dom, raczej chatę, biedniejsi najmują mieszkania, lub je mają od skarbu. – Otóż w tym razie stan małżeński ma wielkie przywileje; niestety tylko, po ostatnich wiadomościach Pani, wrota hymenu [ślub, wesele; hymen (gr.) – bóstwo wesela] dla mnie się ostatecznie zamknęły! [L 74 – do Ludwiki Młockiej; Usole, 10/09.1865]
Wyznaję jednak otwarcie, że wspomnienie wiadomej Pani osoby [Helena Telatycka], jest połączone dla mnie z pewnym tajemnym wzruszeniem, wypadki inaczej mną pokierowały, na innej mię drodze postawiły, a uczucie zawsze pozostało. Nie starałem się i nie staram się go nawet pokonywać, gdyż zaczęło się na gruncie idealnym, może na nim przetrwać bez końca, nie czyniąc ani mnie, ani nikomu najmniejszej krzywdy. – Niech Bóg błogosławieństwo swe nad nią rozciągnie. [L 74 – do Ludwiki Młockiej; Usole, 10/09.1865]
Przy moim, jak Mama nazywa, zapędzającym się charakterze, ciągły popęd do ostateczności jest normą życia mojego, jest to popęd niebezpieczny, szczególniej przy wrażliwym usposobieniu, dlatego też, kiedy – przy łasce Boskiej – lepiej siebie poznałem, wstrzymuję się jak mogę i, jeżeli to mi się nie zawsze udaje w drobnych rzeczach, to w ważniejszych wyczekuję i porady szukam. [L 75 – do rodziny; Usole, 12/01.1865/66]
Zadanie więc teraz: czy siedzieć na dwóch stołkach, przewidując potrzebę pracy światowej, albo też, polecić byt swój materialny Panu Bogu, urządzić byt swój po zakonnemu i w takim charakterze żywot pędzić. – Na tę stronę osobistość się moja przechyla, ale przez bojaźń, żeby w tym pociągu nie było trochę lenistwa, a nawet tchórzostwa, przychylam się do zdania ks. Felicjana, będę się starał pogodzić jedno z drugim, ofiarując Panu Bogu te cierpienia duszy, których doznaję przy walce dwóch obcych żywiołów. […] Posilony Komunią Duchowną wstaję z usposobieniem przyjmowania wszelkich wrażeń z jednakowym spokojem, jednocząc się ciągle myślą z Bogiem. [L 75 – do rodziny; Usole, 12/01.1865/66]
W modlitwach swoich staram się zwykle z Wami jednoczyć i stać wspólnie u stóp Zbawiciela. […] W modlitwach waszych pamiętajcie o nas, proście, aby Najwyższy ten czas próby pozwolił nam użyć z pożytkiem dusz naszych i odrywając naszą myśl od nędzy świata, ku Ojczyźnie Niebieskiej podniósł. [L 75 – do rodziny; Usole, 12/01.1865/66]
Każdy człowiek zostający w podobnym do mojego położeniu, wpatrując się w siebie i w swoje otoczenie musi prowadzić wewnętrzną walkę, której rozmaite zmienne odcienia giną często niepowrotnie bez żadnego objawu zewnętrznego. […] Jeżeli zaś w chwilach wolnych szukałem pokarmu dla ducha w Boskiej Nauce, to znajdując w niej spokój i słodycz – nic dziwnego, że rad bym był zerwać pęty ziemskie i z Apostołem zawołać: „Cupio dissolvi!” [por. Flp 1,23] – W chwilach zaś większych wątpliwości szukałem porady u Was, u ludzi wypróbowanej pobożności i w modlitwie. – Przed kilku tygodniami był u nas ks. Szwernicki z Irkucka, objeżdżając swą parafę, miałem więc zręczność szukać lekarstwa na me strapienia w samym źródle pokoju, którego świat nie daje. [L 77 – do rodziny; Usole, 07.1866]
[…] kusiłbym Boga, jeślibym się nie uciekał do Was w moich potrzebach. – Smucę się patrząc na niedołęstwo własne i dziękuję Bogu, że w ubiegłych latach przeszłości, nie zatwardzał serca mego na widok potrzeby bliźnich i nasuwał prawie cudownie zręczność niesienia pomocy w nędzy i cierpieniu innych. – Postępując dalej w życiu coraz bardziej upatruję tę harmonijną całość rozlaną w życiu człowieka, która stanowi najpiękniejszy dar dobrego Stwórcy i z rozczuleniem powtarzam początek psalmu 40 Dawida [Szczęśliwy ten, kto myśli o biednym i o nędzarzu, w dniu nieszczęścia Pan go ocali – Ps 41,2]. [L 77 – do rodziny; Usole, 07.1866]
[…] proszę o wysłanie nasion buraków, rzepy, rzodkwi, […] a także trochę nasion kwiatów, […] w samą porę dojdą do mnie w roku przyszłym. Proszę tylko porobić napisy, bo się nic na nich nie znam. – Uprawa ich trochę rozrywki i przyjemności, a może nawet w dalszym czasie korzyść pewną przyniesie. Wiosną zasiany ogród Bolesława obfity plon już wydaje. – Dzisiaj korzystałem z niego, biorąc rzodkiewkę do mego obiadu sobotniego, który się składał z jaj i mleka. [L 77 – do rodziny; Usole, 07.1866]
Przekonany jestem, że Wiktor jest zawsze z niezmiennym uczuciem do Ciebie i Matki Twojej, Masiu droga, zdaje mu się tylko, że niedołęstwo jego jest dla Was ciężarem; jest to wielka słabość opuścić żonę, której opiekę zaprzysiągł u ołtarza i nie upokorzyć się, biorąc nawet do lichej pracy w samych Studzionkach, którą mógłby się odwdzięczyć za przytułek dany mu, jeżeli on to przytułkiem chce uważać. Ale, gdy jak sama zeznajesz, szczęście jest nietrwałym, dlaczegóż by strapienie miało być stałe? [L 77 – do rodziny (dopisek do Masi Kalinowskiej); Usole, 07.1866]
Hamują mię tylko na tej drodze nie tylko i Twoje przestrogi, Pani Kochana, ale i niepokój rodziny, która uważa, żem się zbyt daleko w mych dążnościach duchownych posunął. Ja tymczasem samym materializmem żyję, narzekając na losy, które mię do niego krępują. […] Praca tu nie jest tak uciążliwa, żeby siły targała, przeciwnie kiedy pracuję, czuję się zdrowszym i weselszym; nic tak nie szkodzi jak próżniactwo, chociażby przymusowe. [L 78 – do Ludwiki Młockiej; Usole, 07.1866]
Czasami tylko, jak się zamyślę nad swoją niedołężnością i co ja ze sobą pocznę w przyszłości, trochę się markotno robi i pomyślę sobie, czy nie lepiej byłoby figurować w systemacie botanicznym jako lilia polna albo w ornitologii jako ptak powietrzny – zamiast stania na czele szeregu stworzenia z taka nazwą jak – homo sapiens! Ale to są wszystko żarty, wierze mocno, że Bóg nie odmówi męstwa do cierpliwego znoszenia wszelkiej biedy i najsłabsze siły podźwignie. Tej cudownej pomocy Jego mamy naokoło siebie pełno dowodów. – Te słabe i wątłe kobiety pieszczone i chuchane w Kraju, tu w najcięższej domowej przy gospodarstwie pracy, często bez służącej – pomoc rodzinie, zasługę sobie, cześć społeczności naszej, chlubny przykład potomstwu przynoszą. Cierpliwość i wytrwałość Bogu się podobać muszą i łaski On swej nie odmawia, dajac zdrowie i siły do pracy potrzebne. [L 79 – do rodziny; Usole, 10.1866]
Staram się odwiedzać chorych i choć małą im ulgę przynosić. Wyznam szczerze, że dawniej niezmiernie się obawiałem szpitala i śmierci; dzisiaj, chociaż nie mogę zbytnią odwagą się pochwalić, już zmysły moje nie są czułe na wrażenia szpitalne. Kilka razy byłem przy śmiertelnym łożu kolegów umierających, czuwając kolejno z innymi przy nich w nocy. Poznałem wtedy całą niższość natury mojej, gdy inni spokojnie i bez obawy do tej posługi przystępowali, ja bym nigdy nie był w stanie pokonać bojaźni mojej bez pomocy ciągłego zwracania się do Boga o męstwo. […] Niech jednak, najdrożsi moi Ojcze i Matko, obawa o narażanie mego własnego zdrowia Was nie napastuje, mam niezmiernie zachowawczy charakter, zaprawiony własnym i niejednokrotnym cierpieniem, a przy tym niemała jeszcze doza tchórzostwa pozostała we mnie. [L 79 – do rodziny; Usole, 10.1866]
W razie choroby ciężkiej którego z nas chodziliśmy kolejno czuwać w nocy przy łożu chorego. Za moich czasów, o ile pamięć mi służy, zmarło w nim dwóch, jeden stolarz z Królestwa, nazwiskiem Maj – umarł na suchoty. Cierpiał nie tylko skutkiem powolnego gaśnięcia i oziębiania członków, szczególniej nóg, lecz nadto z powodu licznego robactwa, zagnieżdżonego w szpitalu, które bez litości napastowało. Trzeba było ustawicznie je zabierać i palić na świecy. Czuwałem przy chorym razem z Bonifacym Krupskim, obywatelem z Białej Rusi; gdym nie był w stanie pokonywać wstrętu do tego robactwa, poczciwy ten mój towarzysz z prawdziwym zaparciem się to oczyszczenie odeń chorego chętnie wykonywał. [W 168]
Jeżelibyście wiedzieli jak tu jest drogie każde słowo od Was, nie bylibyście – drodzy moi przyjaciele – tak skąpi na nie. – Tak Wam łatwo o dobry uczynek, dlaczego się od niego wymawiacie! [L 79 – do rodziny; Usole, 10.1866]
Od wyprawienia listu mego październikowego do dzisiejszego dnia, jeden list tylko do mnie zawitał; zepsutemu dawniejszą obfitością trudno mi się pogodzić z obecnym brakiem wiadomości od ukochanej rodziny. Musiałem zbytecznie pragnąc tej doczesnej pociechy, bez której nie rozumiałem życia. Bóg mi chce pokazać, że On Sam powinien wystarczyć na ziemi. [L 81 – do rodziny; Usole, 01.1867]
Jakież to szczęście, że Wiktor [brat rodzony] wrócił do Studzionek, jakże ta wiadomość musiała pocieszyć Papę; wszak nie ma większego nieprzyjaciela rodziny i społeczności jak niezgoda, gdy ta się osunęła, znowu wrócą te chwile pełne wdzięku i uroku w Studzionkach, wiele się osób prawda nie doliczycie, ale zapełnicie je wspomnieniami; niech Bóg obdarza Was pokojem. […] Nie wspomniałem Rodzicom Kochanym o liście Bunia [przyrodni brat Gabriel] z października; widzę z listu jego, że mieszka obecnie sam jeden, nie mogąc dorównać w wydatkach towarzyszom swoim. Biedny chłopak bez przewodnika, pracy i umiejętności życia radzić sobie musi w naszym sieroctwie [zesłany na osiedlenie w Syberii]; listy jego zawsze króciutkie, odgadnąć nawet jego usposobienia nie mogę. [L 81 – do rodziny; Usole, 01.1867]
Drogiego ojca Felicjana proszę o słów kilka pociechy, cieszę się z jego dobrego stanu zdrowia i z możności gorliwej pracy koło zbawienia dusz ludzkich. Ostrzegam go, że znowu zaglądać zaczynam do teologii w chwilach wolnych od pracy. Na szafce, na której list ten piszę, z lewej strony leży Perrone i słownik łaciński; […] Takie niebezpieczne otoczenie wymaga koniecznie srogiego upomnienia ze strony mego Ojca duchownego, czekać na nie będę z należną pokorą. [L 81 – do rodziny; Usole, 01.1867]
Patrząc na moje pismo teraźniejsze, drogi Papo zapewne będzie się cieszył, że jest tak wyraźne. Zawdzięczam to głównie pewnej powolności, jaką charakter mój zaczyna nabierać, skutki dobroczynnej tej zmiany moralnej odbijają się i w innych względach, tylko już mojej nieszczęśliwej wymowy poprawić nie zdołam, zęby tracę, a z nimi i nadzieję postępu w krasomówstwie. Widocznie rzeczą dla mnie pożyteczną jest milczenie. […] Rad bym nawet powtórzyć ze Ś-m Pawłem stawionym przed Agrypą, że życzę wszystkim tegoż usposobienia, za wyjątkiem – więzów [por. Dz 26]. [L 81 – do rodziny; Usole, 01.1867]
Coś najdrobniejszego, ażeby tylko od Was. […] W większym lub mniejszym stopniu każdy z nas podobnie postępuje i jak skąpiec nad nieużywanymi skarbami na straży stoi. Ja jednak w napadzie duchowości, nie chcę zbyt się przywiązywać do rzeczy doczesnych, pozbawiłem się wielu pamiątek, pobudka była dobra i czynu nie żałuję, ale w obecnej chwili jestem tego przekonania, że nawet i zmysły potrzebują pokarmu dla odświeżenia myśli i ogrzania serca i trzeba im niewinny ten datek składać, nie naruszając w niczym, a nawet spotężniając stronę duchową. [L 82 – do Ludwiki Młockiej; Usole, 01.1867]
Co do obecnego mego usposobienia, biorę życie takim, jak ono jest, pewny, że w każdym położeniu jest sposób zdobycia środków nasuwanych przez Opatrzność dla zdobycia sobie zbawienia, mężnie sobie postępuję, mając ciągle Zbawiciela obraz przed sobą. [L 82 – do Ludwiki Młockiej; Usole, 01.1867]
Z prawdziwym żalem w czasie mojej ostatniej podróży opuszczałem miejsca, gdzie zatrzymywałem się dla wypoczynku – zawsze znajdywałem tam coś, co sprawiało, że mieszkanie wydawało mi się rodzinne i przyjemne. Nigdy mi się miasto nie podobało, z powodu jego ciągłych zmian. Kocham wieś za jej niezmienność. Wszystkie tradycje rodzinne zdają się tkwić w murach, w umeblowaniu, samo powietrze niesie tchnienie przeszłości. W mieście wszystko jest przejściowe: trzeba być świadkiem naporu czynników obcych na miejsca, które noszą znamię najdroższych wspomnień. [L 83 (tłumaczenie z francuskiego) – do Zofii Gruszeckiej (?); Usole, 04.1867]
Artystami nie jesteśmy, ale poetą każdy jest po trosze, zwłaszcza poetą-wizjonerem, lub poetą sentymentalnym. Na swój sposób jestem nim również, i swoją werwę wyładowuję w towarzystwie dzieci, z którymi przestawanie jest dla mnie odprężeniem i jedynym moim zajęciem. Oby dał Bóg, bym bodaj trochę był pożyteczny w pracy, w której znajduję więcej przyjemności, niż utrudzenia. [L 83 (tłumaczenie z francuskiego) – do Zofii Gruszeckiej (?); Usole, 04.1867]
Pisze mi Mama, że w czasie ostatniego sezonu otwarto wiele salonów, gdzie się dobrze bawiono, a nawet tańczono. Cieszymy się słysząc, że u was tak się dobrze bawi. I chyba jest już czas, by zrzucić ten ciężar nudy, jaki noszą ci, którzy nie mają nic do cierpienia. Zresztą cierpienie nie jest wieczne. Ludzkość ma swoje chwile cierpienia i chwile radości, to chyba tkwi w głębi ludzkiej natury. [L 83 (tłumaczenie z francuskiego) – do Zofii Gruszeckiej (?); Usole, 04.1867]
Ostatni listek Masi bardzo mię rozrzewnił, odsłoniła się przeszłość przede mną, we właściwym świetle stanęliście przede mną, poznałem cały jad zgorszenia jakim w sobie nosił, całą nędzę mej płochości i ciężar winy. Dziwiąc się pobłażliwości, a nawet słabości rodziny do mnie, upatruję też w tym tę boską harmonię miłości, pobudzającej mię obecnie do tejże pobłażliwości i serca względem bliźnich w błędzie zostających i dającej mi rękojmie zdobycia ich dla Boga dla utworzenia nowego ogniwa miłości w łańcuchu następujących po sobie pokoleń. [L 84 – do Masi i Wiktora Kalinowskich; Usole, 04.1867]
Ale też wielu narzekając na ojca, brata, żonę nawet, na koniec każą sercu swemu milczeć, cierpieć przestają i dochodząc do zupełnego zobojętnienia kiedyś najgorętszych uczuć, tylko w zdobyciu sobie koniecznego kęsa chleba jedyny cel życia upatrują; z tego stanu krok tylko jeden do upadku, jeśli łaska Boska nieszczęsnego nie zatrzyma. Uważam więc za prawdziwy dar Boży przyjaźń Twoją Pani; kiedy dokładasz do pamięci o mnie rodziny – swoje serdeczne słowo, do którego ani stosunki krwi, ani też długi czas trwania znajomości nie pobudzają, jeszcze bardziej odradzam się duchem i Temu, który rządzi sercami ludzi, żywsze dzięki składam. [L 85 – do Ludwiki Młockiej; Usole, 04.1867]
Po uwolnieniu z koszar, gdzie prawem przepisany termin trzeba było wysiedzieć, teraz z kolegą mieszkam w samym miasteczku w domu znajomych Pani ze słyszenia państwa Smoleńskich. – Prace skarbowe, które na nas ciążą, acz nudne i niemiłe dla nieprzyzwyczajonych do robót fizycznych – krzywdy memu zdrowiu nie czynią. W chwilach od nich wolnych zajęcie się domowym gospodarstwem, czytaniem, czas prędko posuwa; dzisiaj właśnie dwa lata jakem przybył do Ussola. Niewielem wprawdzie ludzkości się przyczynił, ale też i szkody jej nie zrobiłem, a w czasach swobody – różnie się zdarzało. [L 85 – do Ludwiki Młockiej; Usole, 04.1867]
Pisząc teraz o pani Karolinie przypomniał mi się żywot Ś-ej Ludwiny, która lat kilkanaście zostając w ciągłym cierpieniu, nie tylko sobie ulgę przynieść, ale też otaczających ją i odwiedzających pocieszyć umiała, czerpiąc siły ze zdrojów Zbawicielowych, z rozpamiętywania życia Pana naszego. – Gwałtownie nam Świętych potrzeba; bez nich niechybnie ludzkość runie. [L 85 – do Ludwiki Młockiej; Usole, 04.1867]
Na koniec moja osoba ma się wcale dobrze, dotąd żyje w zgodzie z Bogiem i ludźmi, o co prosi Boga i nadal, nie zważając na zarzuty czynione mu zbytecznej pobożności i do słabości posuniętej łagodności, do czego ja się wcale nie przyznaję, znając całą drapieżność mego charakteru, którą staram się w głębi serca ukrywać, aż ją zupełnie przygniotę. [L 85 – do Ludwiki Młockiej; Usole, 04.1867]